-Słyszałem, że jesteś w Gryffindorze - powiedział podnosząc do ust kawałek kanapki. Spojrzałam na niego i kiwnęłam spokojnie głową. Zmarszczył brwi, wyraźnie nie był zbyt zadowolony. Nie mogłam jednak nic zrobić. Tiara Przydziału zostaje nałożona na głowę ucznia tylko raz w życiu. Nie ma od tego odstępstw, prawda? Przy postępującej ciszy zaczęłam lekko się niepokoić, że jednak jest sposób, bym nagle znalazła się w innym domu.
-Mimo to i tak mogę być świetną wtyką w Hogwarcie. Znam wielu Ślizgonów i udałoby mi się bez problemu wniknąć w ich środowisko i-
-Nie, nie o to chodzi. Po prostu to może się im wszystkim wydać dziwne, że spędzasz więcej czasu ze Ślizgonami, niż Gryffonami. Nie chcemy wzbudzać podejrzeń, szczególnie w tak ważnej kwestii - mruczał pod nosem Reginald. Ja westchnęłam lekko i spojrzałam na niego błagalnie.
-Ale tato - wybełkotałam. Nagle cały świat zamarł. Wzrok Reginalda poszybował w moją stronę. Jego twarz wyrażała dogłębne zdziwienie, długie zmarszczki wokół ust ułożyły się w kształt litery o. W zielonych oczach dalej czaiło się niedowierzanie. Spojrzałam na Bartyego. Wyglądał dokładnie tak samo. Tylko kolor oczu się nie zgadzał. Każda ekspresja na ich twarzy, lekko uniesione nerwy twarzy. Takie same.
JAK TAKIE COŚ PRZESZŁO MI PRZEZ GARDŁO?!
-Riley - wyszeptał z przejęciem Reginald. W jego oczach zaskoczenie zastąpiła teraz łamana miłość z wszechogarniającym złem. Wydobywało się z każdej komórki jego ciała. Tylko teraz nie wiedziałam co dokładnie się wydobywało. Czy miłość, czy zło? Obie opcje były przerażające.
Reginald dotknął mojej dłoni swojej lekko i pogładził ją kciukiem. Zachował się dokładnie tak jak Kroto, gdy tylko miałam jakiś problem. Wtedy kiedy siadaliśmy przy stole w białej, trochę zbyt sterylnej kuchni.
Chciałam uciec. Zapaść się pod ziemię. Umrzeć najszybciej jak się da. Jednak twarz Reginalda po chwili zaczęła wyrażać ekstazę. Albo coś bardzo blisko tego.
-Teraz już wierzę, że uda ci się wszystko dobrze zrobić, nawet gdy będziesz wśród Gryffońskich śmieci - powiedział dumny z siebie. Uśmiechnęłam się bardzo blado, wydaje mi się, że ledwo widocznie. W głowie krążyło mi tylko, że jeśli słychać byłoby dźwięk łamanego serca, moje zdołałoby ogłuszyć ludzi w obrębie dwudziestu pięciu kilometrów. Przynajmniej.
-Dziękuję za to zaufanie - odparłam spokojnym tonem. Wewnątrz krzyczałam.
-Za to proponuję, żebyście mnie podwieźli do Lestrange'ów, a potem zrobili sobie dzień wolny, aż do kolacji. Barty zawiezie cię, gdzie tylko zechcesz. Pieniędzmi nie musisz się wcale przejmować. Służba przygotuje wszystko na przyjście Rebeki Riddle, rodzonej siostry Voldemorta - powiedział wyniosłym tonem. Był coraz dumniejszy ze swojego postępowania. Ze swoich słów. ZE MNIE! Wstał od stołu. - Teraz zbierzmy się i możemy ruszać - przyznał wesoło. Ja kiwnęłam głowa niezgrabnie i wstałam od stołu. Spojrzałam na Bartyego, który mimo zamkniętych już ust dalej przedstawiał wielkie zaskoczenie na twarzy. Nawet nie próbował tego ukryć. Reginald ruszył ku drzwiom wyjściowym, a Crouch zarobił w żebra lekko z mojego łokcia. Ten otrząsnął się. Spojrzał na mnie i już miał wygłaszać swoją opinię. Przyłożyłam palec do swoich ust i wróciłam wzrokiem do Reginalda. Widziałam jego satysfakcję, gdy otwierał drzwi przed nami.
-Kto kieruje? - spytał Crouch, gdy już trochę doszedł do siebie. Reginald podał mu kluczyki do stacyjki i z uśmiechem wsiadł na przednie siedzenie pasażera. Usiadłam z tyłu lekko przestraszona, jak wielką przyjemność zrobiło mu jedno, tak straszne, ale normalne słowo. Za kierownicą usiadł Crouch. Ruszył spokojnie drogą prowadzącą do wyjazdu z posesji. Przez całą drogę Reginald opowiadał o tym, jak bardzo chciał mieć córkę. Jak cholernie za mną tęsknił, mimo że widział mnie przed porwaniem może raz.
Często padało imię Kroto okraszone obraźliwym określeniem, jak pieprzony, szlama czy zachwytem z powodu jego śmierci. Z każdym takim razem paznokcie mocniej wbijały się we wnętrze moich dłoni, a Barty spoglądał przez ułamek sekundy w lusterko, by sprawdzić czy jeszcze się trzymam. Chyba dobrze udawałam, bo mimo wyrywanych wnętrzności jakoś dojechaliśmy do Lestrengów. Reginald otworzył drzwi swoje, potem moje.
-Siadasz z przodu? - spytał, gdy słońce padło na moją twarz. Kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem i wstałam. Ten objął mnie na moment ramieniem i ruszył szczęśliwy ku wielkiemu Dworowi. Usiadłam z przodu i schowałam twarz w dłoniach pochylając się ku moim kolanom.
-Gdzie jedziemy? - mruknął Crouch wyjeżdżając z posesji Lestrengów. Podniosłam głowę ze zmęczonym wyrazem twarzy. Spojrzałam na mężczyznę.
-Zawieź mnie gdzieś, gdzie mogę wysłać bezpiecznie list, tak żeby nie przeszedł przez ręce Śmierciożerców - odparłam poważnym tonem. Ten kiwnął głową i skręcił w lewo.
-Riley, dalej nie wiem jakim cudem przeszło ci przez gardło słowo z czasu śniadania - mruknął rozglądając się po drodze. Spojrzałam na niego.
-Barty, ja sama nie wiem - wymamrotałam odchylając głowę do tyłu. Palcem znalazłam otwieranie okna. Uchyliłam je, a wiatr owiał moją twarz. Przymknęłam oczy. - Wiem tylko że wracam do Hogwartu. Do Freda - dodałam ciszej. Barty położył dłoń na moim kolanie i pogładził je przez moment.
-Będzie dobrze i tym razem jestem tego pewien - przyznał cicho i zabrał dłoń. Skręciliśmy na jakiejś mniejszej uliczce w prawo. Spojrzałam na niego.
-Od jakiegoś czasu jesteś tego bardziej, niż pewien. Co ty kombinujesz? - spytałam cicho. Ten uśmiechnął się blado. na moment zwrócił wzrok na mnie.
-Dowiesz się w swoim czasie, ale uwierz mi, to będzie jeden z najlepszych dni w twoim życiu - przyznał i skierował oczy na drogę. Westchnęłam lekko kręcąc z politowaniem głową. Wjechaliśmy na jakiś parking przed podrzędnym barem. - Tu jest na tyle bezpiecznie, że nie będziesz musiała się przejmować Śmierciożercami - dodał i otworzył drzwi. Bar wydawał się stary i bardzo zaniedbany. Wyszłam z pojazdu i zamknęłam drzwi. Ruszyłam śladem Croucha, który powoli zbliżał się do baru. Weszliśmy przez skrzypiące drzwi. Croucha od razu obległy tamtejsze kobiety, na których widok humor się poprawił mężczyźnie.
-Powiedz mi gdzie mogę napisać list, a ty się baw - powiedziałam spokojnie. Barty machnął ręką w stronę baru. Ruszyłam ku młodemu chłopakowi za barem, który wycierał właśnie szklankę. - Cześć, przychodzę tutaj z polecenia Bartyego. Mówił, że mogłabym wysłać stąd list do znajomego - powiedziałam spokojnie. Ten spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko.
-Powiedz mu, że jeśli nie ureguluje rachunku nici z przysług - wymamrotał najsłodszym głosem jaki słyszałam. Pogrzebałam w kieszeni spodni i położyłam na ladzie garść Galeonów.
-Wystarczy? - spytałam trochę zmęczonym głosem. Ten spojrzał na pieniądze, a potem na mnie. Był dogłębnie zaskoczony moim zachowaniem. Sama byłam nim zdziwiona, jednak zdeterminowanie do wysłania listu przezwyciężyło maniery. Chłopak kiwnął głową i wyciągnął spod lady pergamin i pióro. - Dziękuję - mruknęłam i zabrałam to do pierwszego lepszego wolnego stolika. Zaczęłam kreślić szlaczki na papierze. Co jakiś czas spoglądał na mnie barman wielkimi oczami, a gdy go na tym łapałam uciekał wzrokiem do stolika starszych panów. Zgięłam list i podeszłam do baru.
-Gdzie to wysłać? - spytał stawiając przede mną Ognistą Whisky. Uśmiechnęłam się lekko. Upiłam łyk. Alkohol rozlał się po moim gardle łagodnie je szczypiąc od środka.
-Fred Weasley, Hogwart - powiedziałam z błogim uśmiechem na twarzy. Ten kiwnął i zniknął na moment za drewnianymi drzwiami. Dopiłam trunek ze szklanki i odszukałam wzrokiem Bartyego, który właśnie bajerował ładną blondynkę. Gdyby nie to, że za niedługo mieliśmy się zbierać, to wylądowałby z nią w łóżku. A wyglądała na dobrą w te sprawy. Mężczyzna wrócił z zaplecza.
-Wysłane, podać coś jeszcze? - spytał nachylając się nade mną. Spojrzałam w jego stronę. Wskazałam dłonią na stolik Croucha.
-Pięć szklaneczek Whisky tam - powiedziałam, po czym zwróciłam dłoń na ladę. - Dwie tutaj - dodałam, a ten kiwnął głową. Tak minęła kolejna godzina. Blondynka usilnie starała się zaprowadzić Croucha na górę. Nie dziwiłam się jej wcale. Patrząc na niego, naprawdę nie miałam wątpliwości, że może się podobać kobietom. Jednak on cały czas jej odmawiał, droczył się z nią. Wymawiał się mną, o losie, nazywając mnie młodszą siostrą. Nie ważne, że nie byliśmy w jakikolwiek sposób spokrewnieni. Patrzyłam na to nie kryjąc rozbawienia. Ten wreszcie wstał od stołu i złożył na ustach blondynki pocałunek, którego zapewne nie zapomni jeszcze przez kilka miesięcy. Westchnęłam i wstałam od baru. Ten podszedł do mnie.
-Dopisz mi to do rachunku - powiedział Crouch w stronę barmana. Ten spojrzał na niego, potem wskazał na mnie kciukiem.
-Mała wszystko uregulowała. Już nie jesteś dłużny nic - odparł z uśmiechem barman i położył czystą szklankę na szafce za nim. Crouch spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. Ruszyliśmy w stronę pojazdu.
-Nie musiałaś tego robić - przyznał otwierając mi drzwi. Wsiadłam do środka i zamknęłam drzwi. Zaraz po mnie wsiadł Crouch. Spojrzałam w jego stronę.
-Ty robisz dla mnie sporo, to chociaż tym się odpłaciłam - mruknęłam racjonalnie. Ten pokiwał głową z politowaniem. - Bracie - dodałam rozbawionym głosem. Ten szturchnął mnie lekko w ramię i ruszyliśmy ku dworowi Cromwella. Gdy dojechaliśmy przygotowania na powitanie panny Riddle jeszcze trwały. Wszystkim dyrygował Reginald.
-Cieszę się, że jesteście. Zaraz ma być - powiedział z przejęciem w głosie. Kiwnęłam głową lekko i ujęłam szklaneczkę z wodą. Nie zdążyłam nawet wypić łyka, gdyż rozległo się pukanie do drzwi. Nikt nie zrywał się do nich.
-Otworzę - mruknęłam cicho i wstałam od prawie zastawionego stołu. Reginald kiwnął głową, a ja ruszyłam ku drzwiom. Przeszłam przez długi korytarz do pięknych drzwi. Złapałam za klamkę i pociągnęłam drzwi w swoją stronę. Moim oczom ukazała się tak dobrze znana mi osoba.
-Rebekah?
-Riley?
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem, miałam na niego kilka pomysłów, w końcu wybrałam ten. Także zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
sobota, 7 kwietnia 2018
Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty
Z drzwi za Reginaldem wyszła jakaś kobieta. Zaczęła podchodzić do nas i nakładać nam na talerze jedzenie z półmisków stojących przed nami. Uśmiechnęłam się blado do niej.
-Dziękuję - powiedziałam, gdy skończyła nakładać mi jedzenie. Kobieta spojrzała na mnie przerażona. Mężczyzna prychnął.
-Nie spoufalaj się ze służbą - ryknął Reginald. Spuściłam głowę w dół i kiwnęłam głową udając ogładę. Będzie trudniej, niż sądziłam.
-Dobrze - mruknęłam cicho i podniosłam wzrok na niego. Ten siedział już opanowany i ujął widelec do ręki. Znowu na jego twarz wstąpił uśmiech.
-Cieszę się, że tu jesteś - powiedział pewnym tonem i zostawił mi chwilę na odpowiedź. Nie doczekał się jej. - Szkoda, że od samego początku nie siedzisz ze mną, tylko ten zdrajca cię porwał - dodał mniej przyjaznym tonem. Ujął kieliszek wypełniony bordowym płynem. Uniósł go lekko. - Wznoszę toast za to, że moja córka wróciła do domu i za to, że nie ma już mężczyzny imieniem Kroto - dodał, a Crouch szturchnął mnie lekko, bym i ja ujęła kieliszek.
-Również się cieszę, że tu jestem - wycedziłam przez zęby i uśmiechnęłam się dość wiarygodnie ujmując własny kieliszek. Upiłam kilka łyków wytrawnego wina z naczynia. Przyniosło mi to lekką ulgę.
-Reginaldzie, wydaje mi się, że możesz jej wyjawić jutrzejszą niespodziankę - powiedział spokojnie Crouch, na co mężczyzna kiwnął głową. Uśmiechnął się i nachylił się w moją stronę. Jakby to była informacja poufna.
-Jutro przyjdzie do nas na kolację sama siostra Voldemorta. Będziesz mogła z nią porozmawiać, oczywiście zachowując wielki szacunek. Wiedziałaś, że chodzi do Hogwartu z tymi szlamami? - spytał rozbawiony. Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Wiedziałam o tym, coś mi się obiło o uszy - przyznałam cicho. Ten kiwnął głową patrząc na mnie uważniej. Odchrząknęłam. - Myślałam o tym trochę. Zauważyłeś, że prawie każdy Śmierciożerca ma wtyki w Hogwarcie? Jak nie przez swoje dzieci, jak Malfoyowie, to przez jakiekolwiek inne źródła. Moim zdaniem nie zawsze warto takim rzeczom wierzyć, bo to informacje z drugiej, a nawet trzeciej ręki - mruknęłam i sprawdziłam czy na twarzy Reginalda pojawiło się zainteresowanie. Nie myliłam się. Był zaintrygowany.
-Co sugerujesz kochana? - spytał spokojnym, bystrym głosem. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie. Czułam, że zaczynam się rozkręcać w tej rozmowie. Musiałam ją tylko dobrze wywarzyć, żeby cokolwiek przeszło.
-Proponuję, abym była twoim łącznikiem między Hogwartem, a domem - powiedziałam, a przy 'domu' rozglądnęłam się, jakbym już tutaj przynależała. Jakby to było moje miejsce na Ziemi.
JAK MI TO PRZESZŁO PRZEZ GARDŁO?!
-Riley - mruknął poważnie Reginald i wyciągnął swoją dłoń ku mojej. Delikatnie objął moją dłoń swoimi. Spojrzał mi w oczy. - Tak bardzo nie chcę cię znowu tracić na tak długi czas - stwierdził i wypuścił powietrze z płuc. - Ale mówisz cholernie sensownie. Napawasz mnie dumą, dlatego przemyślę tą propozycję i dam ci znać - dodał lekko zmartwiony, ale bardzo podekscytowany. Uśmiechnęłam się lekko. - Jaką ja mam mądrą córkę, prawda Barty? - spytał wesoło i spojrzał na brązowowłosego Śmierciożercę.
-Bardzo mądrą - przyznał spokojnie i lekko się do mnie uśmiechnął Crouch. Kiwnął głową z lekkim uznaniem, że dałam mu do myślenia z Hogwartem. Nawet była szansa, że tam wrócę.
-Chyba już czas iść spać. Crouch cię odprowadzi do pokoju - powiedział z uśmiechem i wstał z fotela. Z dumą wypisaną na twarzy ruszył w stronę kuchni. Zniknął za drzwiami, a ja wypuściłam spokojnie powietrze z płuc i przybrałam obojętny wyraz twarzy.
-Jesteś zmęczona? - spytał Barty, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy. Ten uśmiechnął się do mnie lekko i podstawił mi swoje ramię. Ujęłam je i ruszyłam za nim. Zaczął prowadzić mnie schodami na górę, potem zamiast do mojego pokoju poszliśmy jeszcze dalej w górę. Barty przepuścił mnie dopiero przed wielkimi mahoniowymi drzwiami.
Weszłam na mały taras z pięknym widokiem na las i cudownie rozciągające się niebo. Stały na nim dwa wiklinowe fotele z czarnymi, puszystymi poduszkami na sobie.
-Ten taras Reginald wybudował dla ciebie. Stwierdził, że może ci się spodobać - mruknął spokojnie, a ja usiadłam na jednym z foteli.
-Nie wydaje mi się, że cokolwiek mnie do niego przekona - wymamrotałam cicho. Ten kiwnął lekko głową i usiadł koło mnie. Spojrzał w niebo.
-Znasz się na gwiazdach? - spytał głośniej, jakby zdania wypowiedzianego przeze mnie nie było. Oparłam się o oparcie i spojrzałam w niebo. Wyciągnęłam dłoń przed siebie. Kojarzyłam kilka konstelacji.
-To nad nami, to spore, to Andromeda, widać ją tylko na półkuli północnej - mruknęłam kreśląc w powietrzu kształt gwiazdozbioru. Barty kiwnął głową. Rozglądnęłam się i skierowałam dłoń w inną stronę. - To jest Droga Mleczna, a tam w jej środku Kasjopeja - dodałam, a Crouch spojrzał na mnie.
-Tęsknisz za Kroto? - spytał ledwo słyszalnie. Ruszyłam dłonią ponownie i pokazałam inny kształt. Wciągnęłam powietrze.
-To jest gwiazdozbiór Smoka. Kroto zawsze mówił, że gdy tylko coś złego się będzie działo, a jego nie będzie w pobliżu, to Smok będzie mnie chronił przed wszelkim złem. Jak byłam mniejsza to w to bardzo wierzyłam, miałam wrażenie, że to co mówi to prawda - wymamrotałam pod nosem. Ten kiwnął lekko głową. Spojrzałam w stronę Croucha i opuściłam dłoń. - Teraz wiem, że to gówno prawda, ale cholernie za nim tęsknię - przyznałam szeptem. Spuściłam głowę w dół.
-Powinnaś pójść już spać - stwierdził cicho. Kiwnęłam głową i ostatni raz spojrzałam na Konstelację Smoka. Wyszliśmy z tarasu i ruszyliśmy w dół korytarzem. Podprowadził mnie pod mój pokój.
-Obudzisz mnie jutro na śniadanie? - spytałam spokojnie, a ten kiwnął twierdząco głową. Weszłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Zsunęłam z siebie rzeczy i weszłam pod kołdrę. Miałam tylko nadzieję, że nic mi się nie przyśni. Że tej nocy będę miała całkowity spokój.
O dziwo, tak właśnie się stało. Rano poczułam tylko dłonie Bartyego na ramionach.
-Riley, za pół godziny śniadanie - mamrotał trochę zaspany nade mną. Uchyliłam powieki i spojrzałam na niego. Uśmiechnęłam się lekko. Ten dotknął dłonią mojego policzka i przejechał palcami po mojej szyi. - Weasley ma tak dużo szczęścia - wybełkotał i odsunął się ode mnie.
-Zaraz będę schodzić, tylko się ogarnę - stwierdziłam siadając na łóżku. Przetarłam kłykciami oczy, a Crouch zniknął w drzwiach. Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam czarne spodnie i czarny sweter. Nałożyłam to na siebie i przed lustrem ułożyłam jakoś w miarę sensownie włosy. Byle tylko nie odstawały na wszystkie możliwe strony. Ruszyłam na dół do jadalni, w której już siedział Crouch, ale nie było jeszcze Reginalda. Usiadłam na swoim wczorajszym miejscu.
-O której ma się zjawić siostra Voldemorta? - spytałam spokojnie patrząc w stronę Bartyego. Ten odłożył kubek, który dzierżył w dłoni na stół.
-W porze kolacji, czyli w sumie kiedy tylko będzie chciała - odparł, a ja kiwnęłam głową. Do jadalni wszedł Reginald w skowronkach.
-Dzień dobry - powiedział z uśmiechem siadając na swoim miejscu. Kiwnęłam mu głową z lekkim uśmiechem. - Od dawna tak dobrze jak dzisiaj nie spałem - przyznał z uśmiechem. - I powiem ci, że myślałem nad tym co powiedziałaś wczoraj. Wiesz co? Zgadzam się - dodał rozweselonym głosem. Pierwszy raz w tym domu uśmiechnęłam się bez cienia fałszu.
-Naprawdę? - spytałam wesoło. Ten kiwnął twierdząco głową. - Nawet nie wiesz jak się cieszę - dodałam radośnie. Ten zaśmiał się i podsunął mi świeże bułki pod talerz. Ujęłam jedną z nich. Kiwnęłam głową w podziękowaniu.
Dzisiaj byłam gotowa na spotkanie całego zła świata, skoro już z dwójką z nich siedziałam i w spokoju jadłam śniadanie. Nic nie mogło zepsuć tego dnia. Przynajmniej tak mi się w tamtym momencie wydawało.
~~~
Wrzucam kolejny, mi się dosyć podoba. Trochę we mnie kwitł, dlatego zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
-Reginaldzie, wydaje mi się, że możesz jej wyjawić jutrzejszą niespodziankę - powiedział spokojnie Crouch, na co mężczyzna kiwnął głową. Uśmiechnął się i nachylił się w moją stronę. Jakby to była informacja poufna.
-Jutro przyjdzie do nas na kolację sama siostra Voldemorta. Będziesz mogła z nią porozmawiać, oczywiście zachowując wielki szacunek. Wiedziałaś, że chodzi do Hogwartu z tymi szlamami? - spytał rozbawiony. Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Wiedziałam o tym, coś mi się obiło o uszy - przyznałam cicho. Ten kiwnął głową patrząc na mnie uważniej. Odchrząknęłam. - Myślałam o tym trochę. Zauważyłeś, że prawie każdy Śmierciożerca ma wtyki w Hogwarcie? Jak nie przez swoje dzieci, jak Malfoyowie, to przez jakiekolwiek inne źródła. Moim zdaniem nie zawsze warto takim rzeczom wierzyć, bo to informacje z drugiej, a nawet trzeciej ręki - mruknęłam i sprawdziłam czy na twarzy Reginalda pojawiło się zainteresowanie. Nie myliłam się. Był zaintrygowany.
-Co sugerujesz kochana? - spytał spokojnym, bystrym głosem. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie. Czułam, że zaczynam się rozkręcać w tej rozmowie. Musiałam ją tylko dobrze wywarzyć, żeby cokolwiek przeszło.
-Proponuję, abym była twoim łącznikiem między Hogwartem, a domem - powiedziałam, a przy 'domu' rozglądnęłam się, jakbym już tutaj przynależała. Jakby to było moje miejsce na Ziemi.
JAK MI TO PRZESZŁO PRZEZ GARDŁO?!
-Riley - mruknął poważnie Reginald i wyciągnął swoją dłoń ku mojej. Delikatnie objął moją dłoń swoimi. Spojrzał mi w oczy. - Tak bardzo nie chcę cię znowu tracić na tak długi czas - stwierdził i wypuścił powietrze z płuc. - Ale mówisz cholernie sensownie. Napawasz mnie dumą, dlatego przemyślę tą propozycję i dam ci znać - dodał lekko zmartwiony, ale bardzo podekscytowany. Uśmiechnęłam się lekko. - Jaką ja mam mądrą córkę, prawda Barty? - spytał wesoło i spojrzał na brązowowłosego Śmierciożercę.
-Bardzo mądrą - przyznał spokojnie i lekko się do mnie uśmiechnął Crouch. Kiwnął głową z lekkim uznaniem, że dałam mu do myślenia z Hogwartem. Nawet była szansa, że tam wrócę.
-Chyba już czas iść spać. Crouch cię odprowadzi do pokoju - powiedział z uśmiechem i wstał z fotela. Z dumą wypisaną na twarzy ruszył w stronę kuchni. Zniknął za drzwiami, a ja wypuściłam spokojnie powietrze z płuc i przybrałam obojętny wyraz twarzy.
-Jesteś zmęczona? - spytał Barty, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy. Ten uśmiechnął się do mnie lekko i podstawił mi swoje ramię. Ujęłam je i ruszyłam za nim. Zaczął prowadzić mnie schodami na górę, potem zamiast do mojego pokoju poszliśmy jeszcze dalej w górę. Barty przepuścił mnie dopiero przed wielkimi mahoniowymi drzwiami.
Weszłam na mały taras z pięknym widokiem na las i cudownie rozciągające się niebo. Stały na nim dwa wiklinowe fotele z czarnymi, puszystymi poduszkami na sobie.
-Ten taras Reginald wybudował dla ciebie. Stwierdził, że może ci się spodobać - mruknął spokojnie, a ja usiadłam na jednym z foteli.
-Nie wydaje mi się, że cokolwiek mnie do niego przekona - wymamrotałam cicho. Ten kiwnął lekko głową i usiadł koło mnie. Spojrzał w niebo.
-Znasz się na gwiazdach? - spytał głośniej, jakby zdania wypowiedzianego przeze mnie nie było. Oparłam się o oparcie i spojrzałam w niebo. Wyciągnęłam dłoń przed siebie. Kojarzyłam kilka konstelacji.
-To nad nami, to spore, to Andromeda, widać ją tylko na półkuli północnej - mruknęłam kreśląc w powietrzu kształt gwiazdozbioru. Barty kiwnął głową. Rozglądnęłam się i skierowałam dłoń w inną stronę. - To jest Droga Mleczna, a tam w jej środku Kasjopeja - dodałam, a Crouch spojrzał na mnie.
-Tęsknisz za Kroto? - spytał ledwo słyszalnie. Ruszyłam dłonią ponownie i pokazałam inny kształt. Wciągnęłam powietrze.
-To jest gwiazdozbiór Smoka. Kroto zawsze mówił, że gdy tylko coś złego się będzie działo, a jego nie będzie w pobliżu, to Smok będzie mnie chronił przed wszelkim złem. Jak byłam mniejsza to w to bardzo wierzyłam, miałam wrażenie, że to co mówi to prawda - wymamrotałam pod nosem. Ten kiwnął lekko głową. Spojrzałam w stronę Croucha i opuściłam dłoń. - Teraz wiem, że to gówno prawda, ale cholernie za nim tęsknię - przyznałam szeptem. Spuściłam głowę w dół.
-Powinnaś pójść już spać - stwierdził cicho. Kiwnęłam głową i ostatni raz spojrzałam na Konstelację Smoka. Wyszliśmy z tarasu i ruszyliśmy w dół korytarzem. Podprowadził mnie pod mój pokój.
-Obudzisz mnie jutro na śniadanie? - spytałam spokojnie, a ten kiwnął twierdząco głową. Weszłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Zsunęłam z siebie rzeczy i weszłam pod kołdrę. Miałam tylko nadzieję, że nic mi się nie przyśni. Że tej nocy będę miała całkowity spokój.
O dziwo, tak właśnie się stało. Rano poczułam tylko dłonie Bartyego na ramionach.
-Riley, za pół godziny śniadanie - mamrotał trochę zaspany nade mną. Uchyliłam powieki i spojrzałam na niego. Uśmiechnęłam się lekko. Ten dotknął dłonią mojego policzka i przejechał palcami po mojej szyi. - Weasley ma tak dużo szczęścia - wybełkotał i odsunął się ode mnie.
-Zaraz będę schodzić, tylko się ogarnę - stwierdziłam siadając na łóżku. Przetarłam kłykciami oczy, a Crouch zniknął w drzwiach. Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam czarne spodnie i czarny sweter. Nałożyłam to na siebie i przed lustrem ułożyłam jakoś w miarę sensownie włosy. Byle tylko nie odstawały na wszystkie możliwe strony. Ruszyłam na dół do jadalni, w której już siedział Crouch, ale nie było jeszcze Reginalda. Usiadłam na swoim wczorajszym miejscu.
-O której ma się zjawić siostra Voldemorta? - spytałam spokojnie patrząc w stronę Bartyego. Ten odłożył kubek, który dzierżył w dłoni na stół.
-W porze kolacji, czyli w sumie kiedy tylko będzie chciała - odparł, a ja kiwnęłam głową. Do jadalni wszedł Reginald w skowronkach.
-Dzień dobry - powiedział z uśmiechem siadając na swoim miejscu. Kiwnęłam mu głową z lekkim uśmiechem. - Od dawna tak dobrze jak dzisiaj nie spałem - przyznał z uśmiechem. - I powiem ci, że myślałem nad tym co powiedziałaś wczoraj. Wiesz co? Zgadzam się - dodał rozweselonym głosem. Pierwszy raz w tym domu uśmiechnęłam się bez cienia fałszu.
-Naprawdę? - spytałam wesoło. Ten kiwnął twierdząco głową. - Nawet nie wiesz jak się cieszę - dodałam radośnie. Ten zaśmiał się i podsunął mi świeże bułki pod talerz. Ujęłam jedną z nich. Kiwnęłam głową w podziękowaniu.
Dzisiaj byłam gotowa na spotkanie całego zła świata, skoro już z dwójką z nich siedziałam i w spokoju jadłam śniadanie. Nic nie mogło zepsuć tego dnia. Przynajmniej tak mi się w tamtym momencie wydawało.
~~~
Wrzucam kolejny, mi się dosyć podoba. Trochę we mnie kwitł, dlatego zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
piątek, 30 marca 2018
Rozdział pięćdziesiąty ósmy
Stanęłam na ciemnej posadzce z kamienia. Wokół mnie roztaczały się wysokie ściany w kolorach szarości i bieli. To pomieszczenie, w którym staliśmy wyglądało na wielki hol. Crouch dalej trzymał mnie za ramię.
-Zaprowadzę cię do twojego pokoju - powiedział spokojnym tonem. Ja nawet nie stawiałam oporu chłonąc każdą mijaną powierzchnię.
Od puszystych białych dywanów położonych przed monumentalnymi kominkami z czerwonej cegły, przez wielki, wiśniowy stół w jadalni z najbielszym obrusem, jaki dane mi było ujrzeć w życiu, aż do kunsztownie zrobionych schodów prowadzących prosto na pierwsze piętro. Barty musiał nadawać mi tempo, abym nie zostawała w tyle. Jednak nie wydawał się wcale zdenerwowany przez moje ciekawskie zachowanie. Nie wiem czy spowodowane to było obecnością ojca, czy po prostu zdarzało mu się być milszym. A może sam, gdy pierwszy raz ujrzał te wnętrza tak się zachował? Dlaczego tak okrutny człowiek ma tyle pieniędzy i tak idealny dom?
Weszliśmy do sporego pokoju. Na ciemnych podłogach odznaczały się jasne dywany rozrzucone w kilku miejscach. Na środku pokoju stało łóżko z baldachimem pościelone jasno-niebieską pościelą. Ściany świeciły jasno-szarym kolorem.
-Za godzinę będzie kolacja. Ojciec cię na niej będzie oczekiwać. Zalecam przyjście - powiedział poważnym tonem puszczając moją rękę. Kiwnęłam lekko głową i podeszłam do okna.
-Barty? - spytałam cicho i spojrzałam na niego. Ten złapał mój wzrok. - Co się stanie jeśli nie przyjdę? - dodałam, na co on lekko posmutniał. Na moment zapadła cisza, jakby oczekiwał, że cofnę słowa. Że przemyślę to jeszcze.
Nic takiego się nie stało.
-Zalecam przyjście - powtórzył dalej bardzo poważnym tonem, lecz jego twarz wyrażała coś kompletnie innego. Jeszcze przed udzieleniem odpowiedzi wiedziałam, że nigdzie się nie ruszę. Nawet jakby miał tu wparować i mnie zabić. Nie mam zamiaru mieć czegokolwiek wspólnego z tym człowiekiem. Położyłam się na łóżku. Ciekawe co się musiało teraz dziać w Hogwarcie. Mam nadzieję, że Fred nie będzie mi miał tego za złe, że go opuściłam. Może mu się jakoś wytłumaczę, bez wielu szczegółów. Bez wspominania, że jednak udało mi się odnaleźć mojego biologicznego ojca. A raczej, to on odnalazł mnie, a ja nie byłam z tego powodu jakoś specjalnie zachwycona. Tak intensywnie o tym myślałam, że aż zasnęłam.
Obudził mnie docierający do każdej komórki mojego ciała ból. Rozdzierał moje wnętrzności na najmniejsze kawałeczki.
Zacisnęłam powieki i zagryzłam zęby. Poczułam rozlewającą się krew po moich ustach. Chyba z nosa również trysnęła mi krew. Nigdy nie chciałam tak bardzo umrzeć. Nigdy.
Słyszałam jakieś niewyraźne wrzaski. Chwilę potem nie czułam już nic. Jakby moje serce i mózg ustały. Przestały działać.
-Zostaw ją Reginaldzie - fuknął na mnie, a ja odsunęłam się lekko. Ten przetarł dłońmi twarz. - Przepraszam, myślałem, że to twój ojciec - zreflektował się i podniósł z fotela.
-Co tu się właściwie dzieje? - spytałam cicho. Ten rozglądnął się i przyłożył palec do ust. Wyciągnął ku mnie dłoń, którą złapałam. Ruszyliśmy do łazienki. Ten zaczął rozpinać koszulę.
-Rozbieraj się - wycedził cicho przez zęby. Wpatrywałam się tępo w jego palce rozpinające kolejne guziki. Zgłupiałam. Przystanął na moment. - Hart, do cholery - jęknął i potrząsnął mną na moment sadowiąc swoje ręce na moich ramionach. Kiwnęłam głową i zsunęłam z siebie sweter i spodnie. Ten wszedł pod prysznic w samych bokserkach i machnął dłonią na mnie, żebym też weszła. Zrobiłam co kazał dalej bardzo niepewnie, ale miał tyle szans, żeby mnie wykończyć, że wyrwał mi się moment zaufania. Chwilę mocował się z ustawieniem odpowiedniej temperatury i dopiero, gdy jedyne co było słychać to cieknąca woda nachylił się nade mną.
-Powiesz cokolwiek? - spytałam lekko płaczliwym tonem. Ten kiwnął spokojnie głową.
-Ściany mają uszy, tylko tak jesteśmy jakkolwiek bezpieczni przed podsłuchaniem, więc poza tym miejscem nie możesz się ze mną komunikować werbalnie. Oberwiemy za to oboje, a jeszcze raz tego koszmaru, na pewno nie chcesz przeżywać - wyszeptał i nabrał powietrza gotowy odpowiedzieć wreszcie na moje pytanie. - Riley, przez całe twoje życie twój ojciec, Reginald Cromwell, starał się ciebie znaleźć, tylko po to, żeby zrobić z ciebie swoja wymarzoną i posłuszną córeczkę. Jednak przez cały ten czas Kroto dobrze cię ukrywał przed nim. Dopiero po jego wyeliminowaniu był w stanie coś zrobić - zacisnęłam dłonie w pięści. Gniew narastał w moich piersiach. - Może nie było między nami najlepiej Riley, ale chciałem mu pomóc. Wiem, do czego jest zdolny, a ty jeszcze kiedyś będziesz mi potrzebna, ale żywa. Powiedzmy, że w pewnym sensie cię chronię - mruknął już spokojniejszym głosem. - Reginald chce, żebyś została Śmierciożerczynią i nigdy nie wróciła do Hogwartu. Od obu rzeczy musisz go odwieść. Dla twojego dobra i całego pieprzonego Hogwartu, a może i całego Magicznego Świata - powiedział kładąc mi dłonie na ramionach i spojrzał mi prosto w oczy.
-Jak? - zdołałam wyartykułować. Po głowie odbijało mi się każde jego słowo, mimo że mokłam coraz bardziej. Crouch tak samo. Brązowe włosy przyklejały mu się do czoła. Moje włosy wchodziły mi w oczy.
-Coś wymyślisz, musisz być cholernie posłuszna i dopóki nie wrócisz do Hogwartu udawać wymarzoną córkę. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale nie możesz nawet przez chwilę wyjść z tej roli. Naprawdę nie powiedziałem, tego, że ściany mają uszy tylko po to, żeby skończyć z tobą pod prysznicem - powiedział poważnym tonem. Kiwnęłam głową wierząc mu. - Musisz zdobyć jego zaufanie. Kiedyś mi podziękujesz, jak się dowiesz dlaczego tak bardzo ryzykuję - dodał przejeżdżając dłonią po czole. Przyklejone włosy wylądowały na czubku głowy.
-Czy ojciec - mruknęłam, ale zaprzeczyłam ruchem głowy - Czy on potraktował mnie Crucio? - spytałam cicho. Crouch tylko kiwnął twierdząco głową.
-Nie jeden raz - przyznał tylko cicho. Spuściłam na moment głowę w dół i zacisnęłam powieki. Pierwszy raz ktoś powiedział przy mnie Niewybaczalne, ktokolwiek go użył. NA MNIE! Uchyliłam powieki i ponownie spojrzałam na Croucha.
-Dziękuję - powiedziałam już opanowanym tonem, a ten pogładził mnie po linii żuchwy. Zwrócił wzrok na drzwi i otworzył prysznic. Wyszedł spod niego i zaczął się suszyć. Włączyłam letnią wodę i oparłam czoło o drzwi prysznica. Odetchnęłam głęboko i uniosłam wzrok na Bartyego, który właśnie zapinał guziki koszuli.
-Kolacja za pół godziny, bądź punktualnie - wymamrotał, a ja kiwnęłam głową. Crouch wyszedł z łazienki. Zamknęłam wodę i wyszłam przemoczona spod prysznica. Owinęłam się ręcznikiem i wsunęłam się do pokoju. Nagie stopy zanurzyły się w puszystym dywanie. Przymknęłam powieki na moment. Podeszłam do szafy zsuwając z siebie wszystko. Wyciągnęłam jakąś czarną sukienkę. Położyłam to na łóżku. Podeszłam do komody z zapewne bielizną. Mimo że nigdy nie spotkałam Reginalda, to jednak wiedział o mnie dokładnie wszystko. Nawet mój własny pokój nie był tak dobrze wyposażony. Założyłam wszystko na siebie, a wilgotne włosy spięłam z tyłu głowy. Podeszłam do lustra. Postać w nim widoczna miała mocno podkrążone oczy, a z jej twarzy biła obojętność.
-Pieprzony zdrajca - mruknęłam cicho i ruszyłam do drzwi. Uchyliłam je i ruszyłam krętymi schodami na dół. Zaczęłam krążyć wokół kilku pokoi po drodze. wreszcie znalazłam ten z wiśniowym stołem suto zastawionym, lecz z trzema nakryciami. Reginald właśnie siadał do stołu, a Barty stał zniecierpliwiony. Mężczyzna ujrzał mnie, a na jego twarzy wykwitł lekki uśmiech.
-Tym razem zjesz z nami? - spytał wesoło Reginald. Kiwnęłam twierdząco głową siląc się na miły uśmiech. Usiadłam między nim, a Crouchem.
Przedstawienie czas zacząć.
~~~
Tak strasznie spodobała mi się niegdyś pewna scena z jednej książki, że postanowiłam ja tu przywołać. Ale mimo to pozdrawiam i zapraszam do komentowania.
-Zaprowadzę cię do twojego pokoju - powiedział spokojnym tonem. Ja nawet nie stawiałam oporu chłonąc każdą mijaną powierzchnię.
Od puszystych białych dywanów położonych przed monumentalnymi kominkami z czerwonej cegły, przez wielki, wiśniowy stół w jadalni z najbielszym obrusem, jaki dane mi było ujrzeć w życiu, aż do kunsztownie zrobionych schodów prowadzących prosto na pierwsze piętro. Barty musiał nadawać mi tempo, abym nie zostawała w tyle. Jednak nie wydawał się wcale zdenerwowany przez moje ciekawskie zachowanie. Nie wiem czy spowodowane to było obecnością ojca, czy po prostu zdarzało mu się być milszym. A może sam, gdy pierwszy raz ujrzał te wnętrza tak się zachował? Dlaczego tak okrutny człowiek ma tyle pieniędzy i tak idealny dom?
Weszliśmy do sporego pokoju. Na ciemnych podłogach odznaczały się jasne dywany rozrzucone w kilku miejscach. Na środku pokoju stało łóżko z baldachimem pościelone jasno-niebieską pościelą. Ściany świeciły jasno-szarym kolorem.
-Za godzinę będzie kolacja. Ojciec cię na niej będzie oczekiwać. Zalecam przyjście - powiedział poważnym tonem puszczając moją rękę. Kiwnęłam lekko głową i podeszłam do okna.
-Barty? - spytałam cicho i spojrzałam na niego. Ten złapał mój wzrok. - Co się stanie jeśli nie przyjdę? - dodałam, na co on lekko posmutniał. Na moment zapadła cisza, jakby oczekiwał, że cofnę słowa. Że przemyślę to jeszcze.
Nic takiego się nie stało.
-Zalecam przyjście - powtórzył dalej bardzo poważnym tonem, lecz jego twarz wyrażała coś kompletnie innego. Jeszcze przed udzieleniem odpowiedzi wiedziałam, że nigdzie się nie ruszę. Nawet jakby miał tu wparować i mnie zabić. Nie mam zamiaru mieć czegokolwiek wspólnego z tym człowiekiem. Położyłam się na łóżku. Ciekawe co się musiało teraz dziać w Hogwarcie. Mam nadzieję, że Fred nie będzie mi miał tego za złe, że go opuściłam. Może mu się jakoś wytłumaczę, bez wielu szczegółów. Bez wspominania, że jednak udało mi się odnaleźć mojego biologicznego ojca. A raczej, to on odnalazł mnie, a ja nie byłam z tego powodu jakoś specjalnie zachwycona. Tak intensywnie o tym myślałam, że aż zasnęłam.
Obudził mnie docierający do każdej komórki mojego ciała ból. Rozdzierał moje wnętrzności na najmniejsze kawałeczki.
Zacisnęłam powieki i zagryzłam zęby. Poczułam rozlewającą się krew po moich ustach. Chyba z nosa również trysnęła mi krew. Nigdy nie chciałam tak bardzo umrzeć. Nigdy.
Słyszałam jakieś niewyraźne wrzaski. Chwilę potem nie czułam już nic. Jakby moje serce i mózg ustały. Przestały działać.
Umarłam?
WRESZCIE?!
Uchyliłam powieki, tym razem leżałam pod kołdrą. Zza zasłon przedzierało się do pokoju słońce. Tworzyło delikatne smugi na jasnych dywanach. Ledwo udało mi się podnieść na rękach jak z waty. Na fotelu obok łóżka spał Crouch. Zsunęłam nogi z łóżka i dotknęłam jego dłoni. Ten poruszył się gwałtownie i spojrzał na mnie.-Zostaw ją Reginaldzie - fuknął na mnie, a ja odsunęłam się lekko. Ten przetarł dłońmi twarz. - Przepraszam, myślałem, że to twój ojciec - zreflektował się i podniósł z fotela.
-Co tu się właściwie dzieje? - spytałam cicho. Ten rozglądnął się i przyłożył palec do ust. Wyciągnął ku mnie dłoń, którą złapałam. Ruszyliśmy do łazienki. Ten zaczął rozpinać koszulę.
-Rozbieraj się - wycedził cicho przez zęby. Wpatrywałam się tępo w jego palce rozpinające kolejne guziki. Zgłupiałam. Przystanął na moment. - Hart, do cholery - jęknął i potrząsnął mną na moment sadowiąc swoje ręce na moich ramionach. Kiwnęłam głową i zsunęłam z siebie sweter i spodnie. Ten wszedł pod prysznic w samych bokserkach i machnął dłonią na mnie, żebym też weszła. Zrobiłam co kazał dalej bardzo niepewnie, ale miał tyle szans, żeby mnie wykończyć, że wyrwał mi się moment zaufania. Chwilę mocował się z ustawieniem odpowiedniej temperatury i dopiero, gdy jedyne co było słychać to cieknąca woda nachylił się nade mną.
-Powiesz cokolwiek? - spytałam lekko płaczliwym tonem. Ten kiwnął spokojnie głową.
-Ściany mają uszy, tylko tak jesteśmy jakkolwiek bezpieczni przed podsłuchaniem, więc poza tym miejscem nie możesz się ze mną komunikować werbalnie. Oberwiemy za to oboje, a jeszcze raz tego koszmaru, na pewno nie chcesz przeżywać - wyszeptał i nabrał powietrza gotowy odpowiedzieć wreszcie na moje pytanie. - Riley, przez całe twoje życie twój ojciec, Reginald Cromwell, starał się ciebie znaleźć, tylko po to, żeby zrobić z ciebie swoja wymarzoną i posłuszną córeczkę. Jednak przez cały ten czas Kroto dobrze cię ukrywał przed nim. Dopiero po jego wyeliminowaniu był w stanie coś zrobić - zacisnęłam dłonie w pięści. Gniew narastał w moich piersiach. - Może nie było między nami najlepiej Riley, ale chciałem mu pomóc. Wiem, do czego jest zdolny, a ty jeszcze kiedyś będziesz mi potrzebna, ale żywa. Powiedzmy, że w pewnym sensie cię chronię - mruknął już spokojniejszym głosem. - Reginald chce, żebyś została Śmierciożerczynią i nigdy nie wróciła do Hogwartu. Od obu rzeczy musisz go odwieść. Dla twojego dobra i całego pieprzonego Hogwartu, a może i całego Magicznego Świata - powiedział kładąc mi dłonie na ramionach i spojrzał mi prosto w oczy.
-Jak? - zdołałam wyartykułować. Po głowie odbijało mi się każde jego słowo, mimo że mokłam coraz bardziej. Crouch tak samo. Brązowe włosy przyklejały mu się do czoła. Moje włosy wchodziły mi w oczy.
-Coś wymyślisz, musisz być cholernie posłuszna i dopóki nie wrócisz do Hogwartu udawać wymarzoną córkę. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale nie możesz nawet przez chwilę wyjść z tej roli. Naprawdę nie powiedziałem, tego, że ściany mają uszy tylko po to, żeby skończyć z tobą pod prysznicem - powiedział poważnym tonem. Kiwnęłam głową wierząc mu. - Musisz zdobyć jego zaufanie. Kiedyś mi podziękujesz, jak się dowiesz dlaczego tak bardzo ryzykuję - dodał przejeżdżając dłonią po czole. Przyklejone włosy wylądowały na czubku głowy.
-Czy ojciec - mruknęłam, ale zaprzeczyłam ruchem głowy - Czy on potraktował mnie Crucio? - spytałam cicho. Crouch tylko kiwnął twierdząco głową.
-Nie jeden raz - przyznał tylko cicho. Spuściłam na moment głowę w dół i zacisnęłam powieki. Pierwszy raz ktoś powiedział przy mnie Niewybaczalne, ktokolwiek go użył. NA MNIE! Uchyliłam powieki i ponownie spojrzałam na Croucha.
-Dziękuję - powiedziałam już opanowanym tonem, a ten pogładził mnie po linii żuchwy. Zwrócił wzrok na drzwi i otworzył prysznic. Wyszedł spod niego i zaczął się suszyć. Włączyłam letnią wodę i oparłam czoło o drzwi prysznica. Odetchnęłam głęboko i uniosłam wzrok na Bartyego, który właśnie zapinał guziki koszuli.
-Kolacja za pół godziny, bądź punktualnie - wymamrotał, a ja kiwnęłam głową. Crouch wyszedł z łazienki. Zamknęłam wodę i wyszłam przemoczona spod prysznica. Owinęłam się ręcznikiem i wsunęłam się do pokoju. Nagie stopy zanurzyły się w puszystym dywanie. Przymknęłam powieki na moment. Podeszłam do szafy zsuwając z siebie wszystko. Wyciągnęłam jakąś czarną sukienkę. Położyłam to na łóżku. Podeszłam do komody z zapewne bielizną. Mimo że nigdy nie spotkałam Reginalda, to jednak wiedział o mnie dokładnie wszystko. Nawet mój własny pokój nie był tak dobrze wyposażony. Założyłam wszystko na siebie, a wilgotne włosy spięłam z tyłu głowy. Podeszłam do lustra. Postać w nim widoczna miała mocno podkrążone oczy, a z jej twarzy biła obojętność.
-Pieprzony zdrajca - mruknęłam cicho i ruszyłam do drzwi. Uchyliłam je i ruszyłam krętymi schodami na dół. Zaczęłam krążyć wokół kilku pokoi po drodze. wreszcie znalazłam ten z wiśniowym stołem suto zastawionym, lecz z trzema nakryciami. Reginald właśnie siadał do stołu, a Barty stał zniecierpliwiony. Mężczyzna ujrzał mnie, a na jego twarzy wykwitł lekki uśmiech.
-Tym razem zjesz z nami? - spytał wesoło Reginald. Kiwnęłam twierdząco głową siląc się na miły uśmiech. Usiadłam między nim, a Crouchem.
Przedstawienie czas zacząć.
~~~
Tak strasznie spodobała mi się niegdyś pewna scena z jednej książki, że postanowiłam ja tu przywołać. Ale mimo to pozdrawiam i zapraszam do komentowania.
piątek, 23 marca 2018
Rozdział pięćdziesiąty siódmy
Przetarłam oczy dłońmi. Dzisiaj mieliśmy iść do Hogsmeade, ale czułam, że jeśli Weasley nie ruszy do mnie swojego tyłka, to nawet nie będę miała motywacji, by wstać z łóżka, na którym obecnie siedziałam. Wiadomość o ojcu wbiła mnie tak mocno w siedzenie, że nie miałam ochoty na żadne bratanie się z ludźmi. Dziewczyny szykowały się na jakieś randki czy kupowanie śmieci w sklepach.
-Różowe czy niebieskie? - spytała Lavender, gdy ja wsuwałam się pod kołdrę. Usłyszałam szuranie nogami w stronę, z której przed chwilą dobiegał głos Brown.
-Niebieskie - stwierdziła po chwili zastanowienia Hermiona. Skuliłam się pod kołdrą i zamknęłam oczy. - Nie idziesz? - spytała Granger zdziwionym głosem. - Przecież kochasz pić pod Trzema Miotłami - dodała dalej lekko zaskoczona. Westchnęłam głęboko.
-Przygotowuję się mentalnie, żeby móc unikać ludzi w Hogsmeade - mruknęłam spod kołdry. Wyobrażałam sobie głębokie oburzenie na jej twarzy. Chyba prychnęła pod nosem i zajęła się swoimi sprawami.
-Myślicie, że to dziwne, że cieszę się z wyjścia z Ronem? - spytała już spokojniejszym tonem Granger. Zapadła chwila ciszy.
-To chyba dobrze. Ron jest - Brown urwała jakby próbowała zebrać myśli. - Jest w porządku - dodała, jednak w jej ustach nie brzmiało to przekonująco.
-Ron jest porządnym chłopakiem, nie powinnaś mieć wątpliwości czy się cieszyć, że z nim wychodzisz - mruknęłam spod kołdry. Znowu zapadła chwila ciszy.
-Dziękuję - powiedziała niepewnie Hermiona. Mocniej się skuliłam pod kołdrą. Do drzwi ktoś zapukał. Zacisnęłam powieki mocno. Drzwi się otwarły z lekkim skrzypnięciem.
-Jest Ley? - spytał tak dobrze znany mi głos.
-Przygotowuje się mentalnie na socjalizację - powiedziała Brown spokojnie. Ten zaśmiał się lekko i zaczął sunąć stopami ku mojemu łóżku. Po chwili materac ugiął się pod jego ciężarem. Poczułam dłoń na żebrach.
-Jesteś już gotowa? - spytał przybliżając głowę do miejsca, gdzie znajdowała się moja głowa. Odetchnęłam głęboko pod kołdrą i wysunęłam skołtunioną głowę. Zaprzeczyłam ruchem głowy i usiadłam w łóżku. Ten pogładził mnie po policzku i wstał z łóżka. Wyszłam z łóżka i podeszłam do szafy. Otworzyłam ją i wyciągnęłam czarny sweter. Zrzuciłam koszulkę z siebie i założyłam sweter na siebie. Przeczesałam jeszcze dłońmi włosy i spojrzałam na Weasleya.
-Mniej więcej - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego lekko. Ten podszedł do mnie i złapał mnie za dłoń. Wyszliśmy z dormitorium, a potem z Pokoju Wspólnego.
-Dziękuję za dzisiaj rano i za wczoraj, za wyrozumiałość - mruknął schodząc koło mnie po schodach. Ścisnęłam lekko jego dłoń.
-To ja powinnam ci podziękować za to co zrobiłeś - odparłam zwracając głowę w jego stronę. Ten uśmiechnął się blado, gdy wyszliśmy na Dziedziniec Główny. Gdzieś w tłumie dane mi było zauważyć grupkę Ślizgonów. Przetarłam twarz dłonią. Prawdopodobnie wyglądaliśmy oboje jak najbardziej zmarnowani Gryffoni na świecie. Szliśmy spokojnie w stronę wioski.
-Najpierw Miodowe Królestwo? - zaproponował rudzielec. Kiwnęłam głową i skierowaliśmy swoje kroki ku sklepowi ze słodyczami. Fred uchylił drzwi. Po przekroczeniu progu na mojej i jego twarzy wykwitł lekki uśmiech. Weszłam do alejki pełnej czekoladowych słodyczy. Wrzuciłam w mały koszyk trzy Czekoladowe Żaby.
-Jeszcze kogoś nie masz z Kart Czarodziejów? - spytałam stając na palcach, by dostać jakąś czekoladę z nadzieniem z pianek. Fred ujął czekoladę i mi ją podał.
-Chyba z czterech postaci, ale zobaczymy w dormitorium co nam się dostało - powiedział zgarniając czekoladę z pistacjami z tej samej półki. Kiwnęłam radośnie głową.
-Mam jeszcze kilka u siebie w dormitorium to najwyżej ci je pokażę, bo ja nie zbieram - dodałam idąc wzdłuż alejki, by dojść do półki z Fasolkami Wszystkich Smaków.
-Dobrze - powiedział wesołym tonem i zgarnął z półki Pieprzne Diabełki. - Czemu jak przyszedłem do ciebie to siedziałaś pod kołdrą? - spytał, gdy wsuwałam dwa opakowania Fasolek do koszyka. Oglądnęłam trzecie pudełko.
-Jakoś tak straciłam ochotę na moment na wyjście - odparłam odkładając ostatnie pudełko Fasolek. - Gdybyś nie przyszedł to pewnie nawet bym nie wyszła spod kołdry - dodałam zwracając wzrok ku niemu. Ten kiwnął lekko głową. Wrzuciłam jeszcze pudełko Wielosmakowych Ślimaków i ruszyłam do kasy.
-Zapamiętam, jak będę chciał cię kiedyś jeszcze gdzieś wyciągnąć - zaśmiał się wesoło. Uśmiechnęłam się do niego i zaczęłam wypakowywać zawartość koszyka na ladę. Kasjer zaczął podliczać ile jestem mu winna. Wyciągnęłam dwa galeony i położyłam na ladzie, zanim powiedział mi liczbę.
-Reszty nie trzeba - powiedziałam patrząc na zaskoczonego chłopaka. Ten uśmiechnął się do mnie promiennie.
-Dziękuję - odparł naprawdę zadowolony. Machnęłam ręką, że to nic takiego. Potem skasował zakupy Freda i oboje wyszliśmy z Miodowego Królestwa.
-Mogę wrzucić moje rzeczy do twojego plecaka? - spytałam widząc bordowy plecak przewieszony przez jego ramię. Ten otworzył plecak i podstawił mi go pod zakupy. Wrzuciłam tam słodycze.
-Idziemy do Zonka? - spytał z uśmiechem ponownie umieszczając kupione rzeczy na plecach. Spojrzałam na niego i na pub pod Trzema Miotłami.
-Może ja pójdę tam, a ty jak skończysz w Zonku, po prostu do mnie dołączysz? - spytałam z uśmiechem. Ten kiwnął głową i cmoknął mnie w czoło lekko. Weszłam do pubu. Podeszłam do mężczyzny za ladą.
-Co podać? - spytał wycierając szklankę. Spojrzałam na wystawę trunków za nim. Odnalazłam moją ulubioną Ognistą.
-Szklaneczkę Whisky - powiedziałam pewnym głosem. Zielone oczy barmana zbadały mnie zdziwione, po czym lekko wzruszył ramionami i podał mi alkohol. Położyłam na ladzie kilka sykli i usiadłam przy stoliku blisko baru. Rozglądnęłam się wokół, ale wszyscy wyglądali trochę podejrzanie. Upiłam dwa łyki trunku. Do baru ktoś wszedł i ruszył w stronę lady. Jego twarz była lekko zdeformowana, ale oczy i włosy poznałam od razu. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Uciekaj - wybełkotał zwracając głowę w moją stronę. Potem znowu wrócił wzrokiem na barmana. Wstałam od stolika i zostawiając alkohol ruszyłam do łazienki. Jeśli już nawet Crouch każe mi uciekać, to jednak coś jest na rzeczy.
W kabinach nie było nikogo. W ogóle ta łazienka nie wyglądała jakby była używana przez kogokolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat. Na końcu było małe okno, ale wyglądało na takie, przez które dałabym radę się przecisnąć. Podeszłam do niego i zaczęłam próbować je uchylić lekko. Stawiało mocny opór, skrzypiało za każdym mocniejszym ruszeniem. Na zewnątrz słyszałam tylko powolne kroki w stronę łazienki. Brzmiały jak wielkie buty zmierzające w moją stronę. Zaczęłam trochę panicznie ciągnąć za okno. Wreszcie udało mi się je uchylić na tyle, że mogłam przez nie przejść.
Wtedy drzwi do łazienki się otworzyły. Stanął w nich wysoki mężczyzna. Czarne włosy przeplatane siwymi pasmami gładko opadały mu po plecach związane w kucyk na karku. Zielone oczy w momencie rozszerzyły się.
-STÓJ - ryknął na mnie, a ja w tym momencie właśnie zsuwałam się z okna na ulicę. Zaczęłam biec w stronę zamku Hogwart. Czułam, że mi nie odpuści, mimo że widziałam tego mężczyznę zdecydowanie pierwszy raz w życiu. Była spora szansa, że właśnie pierwszy raz ujrzałam swojego biologicznego ojca.
Zrobiłam to co kazał mi Kroto. Uciekałam. Najszybciej jak potrafiłam. Najdalej jak tylko mi się udało. Adrenalina dodała mi szybkości w zastraszającym tempie. Zatrzymałam się dopiero przy linii drzew Zakazanego Lasu i oparłam się o jedno z drzew zginając się w pół. Zaczęłam mocno dyszeć. Coś dotknęło moich żeber.
ZAMARŁAM.
Na przeciwko mnie ujrzałam parę brązowych butów. Uniosłam lekko wzrok i zarejestrowałam, że faktycznie należały do Croucha. Odetchnęłam głęboko i zaczęłam się powoli prostować. Różdżka przesuwała się po moim ciele z każdym prostującym się milimetrem. Na twarzy Bartyego malowała się powaga, ale w oczach widziałam czysty żal. Jakby nie chciał do tego doprowadzić. Jakby przepraszał.
-Tak się wita ojca? - spytał mężczyzna stojący obok mnie. Skierowałam wzrok ku niemu, a jego różdżka zatrzymała się na moim gardle zmuszając mnie do uniesienia brody. Patrzyłam prosto w jego oczy. - Jesteś taka podobna do Frances - dodał spokojniejszym tonem i poczułam, że wbił nieznacznie mocniej różdżkę w moją krtań.
-Czego chcesz? - spytałam próbując panować nad drżeniem w głosie. Jeszcze nigdy nikt tak nieprzewidywalny i nowy nie groził mi z różdżką wymierzoną w moje gardło. Widać było, że jest potężniejszy od Croucha.
-Zabrać cię do domu, moja córka nie powinna chodzić do szkoły z takimi Szlamami - stwierdził poważnym tonem. Zmarszczyłam lekko brwi. Przez moment wyłapałam kontakt wzrokowy z Crouchem nie wierząc w to co właśnie usłyszałam.
-Słucham? - spytałam nie rozumiejąc z tego kompletnie nic. Już nawet przestałam uważać na różdżkę pod brodą. Mężczyzna westchnął głęboko.
-Zobaczymy co z ciebie będzie. Wypróbujemy twoje moce, zobaczymy czy jesteś godna żyć - stwierdził kiwając głową, jakby sam ze sobą się zgadzał. Nie wiedziałam jak zareagować, więc on po prostu popchnął mnie w stronę Croucha. - Zajmij się nią, będę u siebie, ty masz jej wszystko wyjaśnić - powiedział z wyższością i zniknął w obłoku czarnej mgły. Barty trzymał mnie za ramię dosyć mocno.
-Musisz z nim iść. On chce sprawdzić ciebie. Czy jesteś godna - powiedział już poważniejszym tonem. Ja patrzyłam na niego z tak wielkim niezrozumieniem w oczach, że aż westchnął. - Jednak jesteś głupia - mruknął i poczułam pociągnięcie w okolicy pępka.
Gdzie on mnie do cholery zabiera? Co tu się właściwie wydarzyło? DLACZEGO?!
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem... Oh, wprowadza coś nowego. Dosyć mi się podoba, bo chciałam jedną z rzeczy powoli wyjaśniać. Także zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
-Różowe czy niebieskie? - spytała Lavender, gdy ja wsuwałam się pod kołdrę. Usłyszałam szuranie nogami w stronę, z której przed chwilą dobiegał głos Brown.
-Niebieskie - stwierdziła po chwili zastanowienia Hermiona. Skuliłam się pod kołdrą i zamknęłam oczy. - Nie idziesz? - spytała Granger zdziwionym głosem. - Przecież kochasz pić pod Trzema Miotłami - dodała dalej lekko zaskoczona. Westchnęłam głęboko.
-Przygotowuję się mentalnie, żeby móc unikać ludzi w Hogsmeade - mruknęłam spod kołdry. Wyobrażałam sobie głębokie oburzenie na jej twarzy. Chyba prychnęła pod nosem i zajęła się swoimi sprawami.
-Myślicie, że to dziwne, że cieszę się z wyjścia z Ronem? - spytała już spokojniejszym tonem Granger. Zapadła chwila ciszy.
-To chyba dobrze. Ron jest - Brown urwała jakby próbowała zebrać myśli. - Jest w porządku - dodała, jednak w jej ustach nie brzmiało to przekonująco.
-Ron jest porządnym chłopakiem, nie powinnaś mieć wątpliwości czy się cieszyć, że z nim wychodzisz - mruknęłam spod kołdry. Znowu zapadła chwila ciszy.
-Dziękuję - powiedziała niepewnie Hermiona. Mocniej się skuliłam pod kołdrą. Do drzwi ktoś zapukał. Zacisnęłam powieki mocno. Drzwi się otwarły z lekkim skrzypnięciem.
-Jest Ley? - spytał tak dobrze znany mi głos.
-Przygotowuje się mentalnie na socjalizację - powiedziała Brown spokojnie. Ten zaśmiał się lekko i zaczął sunąć stopami ku mojemu łóżku. Po chwili materac ugiął się pod jego ciężarem. Poczułam dłoń na żebrach.
-Jesteś już gotowa? - spytał przybliżając głowę do miejsca, gdzie znajdowała się moja głowa. Odetchnęłam głęboko pod kołdrą i wysunęłam skołtunioną głowę. Zaprzeczyłam ruchem głowy i usiadłam w łóżku. Ten pogładził mnie po policzku i wstał z łóżka. Wyszłam z łóżka i podeszłam do szafy. Otworzyłam ją i wyciągnęłam czarny sweter. Zrzuciłam koszulkę z siebie i założyłam sweter na siebie. Przeczesałam jeszcze dłońmi włosy i spojrzałam na Weasleya.
-Mniej więcej - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego lekko. Ten podszedł do mnie i złapał mnie za dłoń. Wyszliśmy z dormitorium, a potem z Pokoju Wspólnego.
-Dziękuję za dzisiaj rano i za wczoraj, za wyrozumiałość - mruknął schodząc koło mnie po schodach. Ścisnęłam lekko jego dłoń.
-To ja powinnam ci podziękować za to co zrobiłeś - odparłam zwracając głowę w jego stronę. Ten uśmiechnął się blado, gdy wyszliśmy na Dziedziniec Główny. Gdzieś w tłumie dane mi było zauważyć grupkę Ślizgonów. Przetarłam twarz dłonią. Prawdopodobnie wyglądaliśmy oboje jak najbardziej zmarnowani Gryffoni na świecie. Szliśmy spokojnie w stronę wioski.
-Najpierw Miodowe Królestwo? - zaproponował rudzielec. Kiwnęłam głową i skierowaliśmy swoje kroki ku sklepowi ze słodyczami. Fred uchylił drzwi. Po przekroczeniu progu na mojej i jego twarzy wykwitł lekki uśmiech. Weszłam do alejki pełnej czekoladowych słodyczy. Wrzuciłam w mały koszyk trzy Czekoladowe Żaby.
-Jeszcze kogoś nie masz z Kart Czarodziejów? - spytałam stając na palcach, by dostać jakąś czekoladę z nadzieniem z pianek. Fred ujął czekoladę i mi ją podał.
-Chyba z czterech postaci, ale zobaczymy w dormitorium co nam się dostało - powiedział zgarniając czekoladę z pistacjami z tej samej półki. Kiwnęłam radośnie głową.
-Mam jeszcze kilka u siebie w dormitorium to najwyżej ci je pokażę, bo ja nie zbieram - dodałam idąc wzdłuż alejki, by dojść do półki z Fasolkami Wszystkich Smaków.
-Dobrze - powiedział wesołym tonem i zgarnął z półki Pieprzne Diabełki. - Czemu jak przyszedłem do ciebie to siedziałaś pod kołdrą? - spytał, gdy wsuwałam dwa opakowania Fasolek do koszyka. Oglądnęłam trzecie pudełko.
-Jakoś tak straciłam ochotę na moment na wyjście - odparłam odkładając ostatnie pudełko Fasolek. - Gdybyś nie przyszedł to pewnie nawet bym nie wyszła spod kołdry - dodałam zwracając wzrok ku niemu. Ten kiwnął lekko głową. Wrzuciłam jeszcze pudełko Wielosmakowych Ślimaków i ruszyłam do kasy.
-Zapamiętam, jak będę chciał cię kiedyś jeszcze gdzieś wyciągnąć - zaśmiał się wesoło. Uśmiechnęłam się do niego i zaczęłam wypakowywać zawartość koszyka na ladę. Kasjer zaczął podliczać ile jestem mu winna. Wyciągnęłam dwa galeony i położyłam na ladzie, zanim powiedział mi liczbę.
-Reszty nie trzeba - powiedziałam patrząc na zaskoczonego chłopaka. Ten uśmiechnął się do mnie promiennie.
-Dziękuję - odparł naprawdę zadowolony. Machnęłam ręką, że to nic takiego. Potem skasował zakupy Freda i oboje wyszliśmy z Miodowego Królestwa.
-Mogę wrzucić moje rzeczy do twojego plecaka? - spytałam widząc bordowy plecak przewieszony przez jego ramię. Ten otworzył plecak i podstawił mi go pod zakupy. Wrzuciłam tam słodycze.
-Idziemy do Zonka? - spytał z uśmiechem ponownie umieszczając kupione rzeczy na plecach. Spojrzałam na niego i na pub pod Trzema Miotłami.
-Może ja pójdę tam, a ty jak skończysz w Zonku, po prostu do mnie dołączysz? - spytałam z uśmiechem. Ten kiwnął głową i cmoknął mnie w czoło lekko. Weszłam do pubu. Podeszłam do mężczyzny za ladą.
-Co podać? - spytał wycierając szklankę. Spojrzałam na wystawę trunków za nim. Odnalazłam moją ulubioną Ognistą.
-Szklaneczkę Whisky - powiedziałam pewnym głosem. Zielone oczy barmana zbadały mnie zdziwione, po czym lekko wzruszył ramionami i podał mi alkohol. Położyłam na ladzie kilka sykli i usiadłam przy stoliku blisko baru. Rozglądnęłam się wokół, ale wszyscy wyglądali trochę podejrzanie. Upiłam dwa łyki trunku. Do baru ktoś wszedł i ruszył w stronę lady. Jego twarz była lekko zdeformowana, ale oczy i włosy poznałam od razu. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Uciekaj - wybełkotał zwracając głowę w moją stronę. Potem znowu wrócił wzrokiem na barmana. Wstałam od stolika i zostawiając alkohol ruszyłam do łazienki. Jeśli już nawet Crouch każe mi uciekać, to jednak coś jest na rzeczy.
W kabinach nie było nikogo. W ogóle ta łazienka nie wyglądała jakby była używana przez kogokolwiek w ciągu ostatnich dwóch lat. Na końcu było małe okno, ale wyglądało na takie, przez które dałabym radę się przecisnąć. Podeszłam do niego i zaczęłam próbować je uchylić lekko. Stawiało mocny opór, skrzypiało za każdym mocniejszym ruszeniem. Na zewnątrz słyszałam tylko powolne kroki w stronę łazienki. Brzmiały jak wielkie buty zmierzające w moją stronę. Zaczęłam trochę panicznie ciągnąć za okno. Wreszcie udało mi się je uchylić na tyle, że mogłam przez nie przejść.
Wtedy drzwi do łazienki się otworzyły. Stanął w nich wysoki mężczyzna. Czarne włosy przeplatane siwymi pasmami gładko opadały mu po plecach związane w kucyk na karku. Zielone oczy w momencie rozszerzyły się.
-STÓJ - ryknął na mnie, a ja w tym momencie właśnie zsuwałam się z okna na ulicę. Zaczęłam biec w stronę zamku Hogwart. Czułam, że mi nie odpuści, mimo że widziałam tego mężczyznę zdecydowanie pierwszy raz w życiu. Była spora szansa, że właśnie pierwszy raz ujrzałam swojego biologicznego ojca.
Zrobiłam to co kazał mi Kroto. Uciekałam. Najszybciej jak potrafiłam. Najdalej jak tylko mi się udało. Adrenalina dodała mi szybkości w zastraszającym tempie. Zatrzymałam się dopiero przy linii drzew Zakazanego Lasu i oparłam się o jedno z drzew zginając się w pół. Zaczęłam mocno dyszeć. Coś dotknęło moich żeber.
ZAMARŁAM.
Na przeciwko mnie ujrzałam parę brązowych butów. Uniosłam lekko wzrok i zarejestrowałam, że faktycznie należały do Croucha. Odetchnęłam głęboko i zaczęłam się powoli prostować. Różdżka przesuwała się po moim ciele z każdym prostującym się milimetrem. Na twarzy Bartyego malowała się powaga, ale w oczach widziałam czysty żal. Jakby nie chciał do tego doprowadzić. Jakby przepraszał.
-Tak się wita ojca? - spytał mężczyzna stojący obok mnie. Skierowałam wzrok ku niemu, a jego różdżka zatrzymała się na moim gardle zmuszając mnie do uniesienia brody. Patrzyłam prosto w jego oczy. - Jesteś taka podobna do Frances - dodał spokojniejszym tonem i poczułam, że wbił nieznacznie mocniej różdżkę w moją krtań.
-Czego chcesz? - spytałam próbując panować nad drżeniem w głosie. Jeszcze nigdy nikt tak nieprzewidywalny i nowy nie groził mi z różdżką wymierzoną w moje gardło. Widać było, że jest potężniejszy od Croucha.
-Zabrać cię do domu, moja córka nie powinna chodzić do szkoły z takimi Szlamami - stwierdził poważnym tonem. Zmarszczyłam lekko brwi. Przez moment wyłapałam kontakt wzrokowy z Crouchem nie wierząc w to co właśnie usłyszałam.
-Słucham? - spytałam nie rozumiejąc z tego kompletnie nic. Już nawet przestałam uważać na różdżkę pod brodą. Mężczyzna westchnął głęboko.
-Zobaczymy co z ciebie będzie. Wypróbujemy twoje moce, zobaczymy czy jesteś godna żyć - stwierdził kiwając głową, jakby sam ze sobą się zgadzał. Nie wiedziałam jak zareagować, więc on po prostu popchnął mnie w stronę Croucha. - Zajmij się nią, będę u siebie, ty masz jej wszystko wyjaśnić - powiedział z wyższością i zniknął w obłoku czarnej mgły. Barty trzymał mnie za ramię dosyć mocno.
-Musisz z nim iść. On chce sprawdzić ciebie. Czy jesteś godna - powiedział już poważniejszym tonem. Ja patrzyłam na niego z tak wielkim niezrozumieniem w oczach, że aż westchnął. - Jednak jesteś głupia - mruknął i poczułam pociągnięcie w okolicy pępka.
Gdzie on mnie do cholery zabiera? Co tu się właściwie wydarzyło? DLACZEGO?!
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem... Oh, wprowadza coś nowego. Dosyć mi się podoba, bo chciałam jedną z rzeczy powoli wyjaśniać. Także zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
niedziela, 18 marca 2018
Rozdział pięćdziesiąty szósty
Obudziłam się opleciona ciepłymi dłońmi. Uchyliłam powieki i ujrzałam czekoladowe oczy Freda wpatrujące się w moją osobę. Przewróciłam się na lewy bok, żeby widzieć go dobrze. Położyłam wolną dłoń na jego policzku.
-Jak się czujesz? - spytałam cicho gładząc jego twarz. Nie spuszczałam wzroku z jego oczu. Ten delikatnie posmutniał.
-Ley, ona nie zasługiwała na Obliviate - wyszeptał cichutko. Ja kiwnęłam głową twierdząco. Nikt na nie nie zasługuje. Nawet gdyby był najgorszym człowiekiem i dzięki temu wyzbyłby się wszystkiego co okrutne. Nawet taki Crouch na to nie zasługuje. Znowu przed oczami stanął mi wczorajszy zmęczony życiem mężczyzna. Westchnęłam głęboko.
-Gdyby nie ono chodziłaby teraz pewnie przerażona po zamku. Uchroniłeś ją przed złem. Przed wielkim, wszechogarniającym strachem - wyszeptałam, a on kiwnął głową, że rozumie. - Na twoim miejscu każdy by tak postąpił, żeby nie cierpiała - dodałam spokojnym głosem. Ten kiwnął lekko głową i usiadł na łóżku. Położyłam głowę na jego udzie i skierowałam wzrok na jego twarz. Pogładził mnie delikatnie po włosach i przymknął oczy. - Wiesz, że będzie dobrze - wyszeptałam cicho. Fred skinął głową ponownie.
-Idziemy na śniadanie? - spytał cicho. Ja usiadłam koło niego. Położyłam dłoń na jego policzku.
-Może tak, ja przyniosę śniadanie, a ty idź się umyj i ubierz porządnie. To dobrze ci zrobi - odparłam, a ten uśmiechnął się blado. Wiedział, że miałam rację. Sama byłam zaskoczona, że to prawda. Kiedyś tak samo powiedział mi Zabini i od razu poczułam się trochę lepiej. Wstałam z łóżka i zapięłam koszulę, którą cały czas miałam na sobie. Fred powlókł się do łazienki. Ruszyłam do wyjścia z dormitorium i poszłam spokojnym krokiem ku Wielkiej Sali. Weszłam na nią i usiadłam przy swoim stole. Nie rozglądałam się po sali, w tym momencie nie obchodzili mnie inni i nie miałam wcale ochoty na żadne rozmowy. Jednak miało pójść zupełnie nie po mojej myśli. Nigdy nie szło po mojej myśli.
-Ley - usłyszałam wesoły głos za mną. Zacisnęłam na sekundę powieki i spojrzałam w stronę głosu z lekkim uśmiechem na twarzy. Ujrzałam za mną Blaise'a. Sala była prawie opustoszała, więc Zabini siadł koło mnie.
-Cześć Blaise, co tam u ciebie? - spytałam średnio wesoło. Ten zabrał z mojego talerza jednego tosta. Ugryzł go.
-Jakoś leci, chociaż David zachowuje się coraz dziwniej. Wydaje mi się, że jest zazdrosny, że spędzam czas z Draco, z którym jestem w dormitorium od samego początku nauki w Hogwarcie. Poza tym on wyraźnie jest z Bell - mruknął żując tosta. Wzruszyłam lekko ramionami nie chcąc mu nic mówić.
-Może gorsze dni czy coś - powiedziałam również gryząc tosta. Zabini kiwnął głową, że to może być prawdopodobne. Z jednej strony strasznie chciałabym, żeby Blaise wiedział co zrobił David, że postawił to okrutne ultimatum, które niezależnie od tego co wybiorę krzywdziło Zabiniego. Chociaż mój wybór mniej, dopóki się nie dowie. Z drugiej Zabini był szczęśliwy u jego boku, a tego zdecydowanie nie chciałam mu zabierać, bo się kochali i nie wybaczyłabym sobie smutku i znużenia Zabiniego. Jeśli sam się o tym dowie i spyta o zdanie to mu powiem. Ale tylko jeśli zapyta. Nie ma innej opcji.
-Czemu Freda nie ma? - spytał dotykając mojej koszuli. Uśmiechnął się trochę głupio przez moment. Pokiwałam głową lekko.
-Jeszcze nie wstał. Zaniosę mu śniadanie, bo w takim tempie pewnie na nie nie zdąży - zaśmiałam się wesoło. Zabini pogładził mnie po ręce.
-On to ma z tobą dobrze - powiedział radośnie. Kiwnęłam głową wesoło.
-To chyba miłość - stwierdziłam wesoło i usłyszałam chrząknięcie za nami. Dokładnie wiedziałam do kogo ono należało i co miałam zrobić w tym momencie. Zacisnęłam wargi mocno. Szybko nałożyłam na swój talerz jeszcze z trzy tosty i złapałam kubek z sokiem dyniowym.
-Muszę spadać, Fred pewnie już na mnie czeka - stwierdziłam widząc kątem oka Davida. Ten położył dłoń na ramieniu Zabiniego. Wyglądał na strasznie złego, i chociaż znosił to z niesamowitym spokojem to lada chwila mógł wybuchnąć i wygarnąć mi wszystko, co obiecałam w ultimatum. Nie chciałam narażać na to Blaise'a.
-Przed chwilą mó-
-Naprawdę muszę już iść - powiedziałam patrząc mu w oczy i ruszyłam ku wyjściu z Wielkiej Sali z jedzeniem. Odetchnęłam głęboko już za drzwiami. Skierowałam swoje kroki ku Wieży Gryffindoru. Tak bardzo chciałam o tym komuś powiedzieć. Wiem, że Fredowi nie mogłam, bo by się wypytywał o to, gdzie byłam na przed Nowym Rokiem, a nie chciałam nikomu mówić, że wróciłam do domu. Poza tym jeszcze by rozpamiętywał mój wyskok po Bożym Narodzeniu. Tak głupią rzecz, której naprawdę nie chciałam zrobić, żeby go skrzywdzić. Blaise od razu odpadał. Neville miał swoje problemy. Nie wiedziałam nawet komu o tym powiedzieć.
Gdyby Kroto żył byłoby o wiele prościej. Pewnie siedlibyśmy w kuchni przy wielkim, białym stole. W okolicach obiadu, gdy lasagne już piekłaby się w piekarniku. Na samą myśl o tym, aż mi się miło zrobiło na sercu. Tak kochałam jego kuchnię. Uśmiechnęłabym się do niego blado. On od razu by wiedział, że coś jest nie tak. Usiadłby koło mnie i dotknął mojej dłoni. Przeczuwał takie rzeczy. Mówią, że bliźniacy mają radar, że gdy jednemu się coś dzieje, to drugi od razu o tym wie. U nas to tak działało z Kroto. Dlatego jego śmierć bolała mnie tak mocno.
-Co jest? - spytałby zaniepokojonym głosem. Przygryzłabym wargę z lekkiego zdenerwowania. Ten pogładziłby mnie po dłoni kciukiem.
-Kojarzysz Davida? - spytałabym unosząc wzrok na niego. Ten na początku zacząłby myśleć, sklejać fakty o zasłyszanym gdzieś imieniu, potem nagle, po rozświetleniu myśli, skinąłby głową ochoczo. Wtedy opowiedziałabym mu całą historię, wszystko od samego początku, od ucieczki od Freda, aż do ultimatum Davida i mojej szybkiej reakcji. Zapewne pominęłabym kilka faktów, jednak meritum sprawy byłoby wciąż tak samo bolesne.
A on by siedział koło mnie i słuchał. Co jakiś czas kiwałby głową ze zrozumieniem. Po zakończeniu historii stwierdziłby, żebym niczym się nie przejmowała, że zawsze będzie przy mnie i że zawsze wie co robić. Dodałby, że jestem niesamowitą osobą i że bardzo mnie kocha. Jego rady były o tyle niesamowite, że zawsze się sprawdzały. Zawsze były trafne. Tak cholernie mi go brakowało.
Weszłam do dormitorium chłopaków. Fred siedział na swoim łóżku i rozmawiał z Jordanem o wczorajszym meczu. Już nie z tak dużą werwą, jak wczoraj, ale gdy zobaczył śniadanie na talerzu to odzyskał blask w oku. Podałam mu talerz.
-Fred, tak cholernie ci zazdroszczę Riley - stwierdził Lee z uśmiechem. Prychnęłam lekko i uśmiechnęłam się wesoło.
-Ja sam sobie jej zazdroszczę - przyznał wesoło rudzielec. Westchnęłam z uśmiechem patrząc na niego.
-Zbieram się do siebie - stwierdziłam, a Weasley podniósł głowę znad talerza. Lekko pocałował mnie w policzek.
-Dziękuję za śniadanie - powiedział z wdzięcznością i uśmiechnął się lekko. Kiwnęłam głową i ruszyłam do wyjścia. Weszłam do swojego dormitorium. W nim siedziała Granger razem z Brown i rozmawiały o czymś na transmutację. Usiadłam na swoim łóżku.
-Na szafce masz jakiś list. Rano sowa była - powiedziała trochę protekcjonalnym tonem Granger. Kiwnęłam głową ku niej i ujęłam kawałek papieru. Otworzyłam go delikatnie.
Czemu Barty miałby mnie o czymś takim informować? Ta gnida? Czyżby miał jakieś serce, czy po prostu się ze mną bawi? Dlaczego obie opcje były tak możliwe?
-Co to? - usłyszałam zaciekawiony głos Brown. Spojrzałam na nią znad kartek.
-Stary znajomy się o mnie martwi - stwierdziłam trochę tajemniczo, ale z grubsza to była całkowita prawda. Prawdopodobnie z nutką sarkazmu, ale chciałam wierzyć, że jednak to co jest tam napisane płynie z czystej dobroci, a nie chęci usrania kogoś jeszcze bardziej i zastraszenia jak nigdy dotąd.
Po głowie krążyło mi 'Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek powie ci, że jest twoim biologicznym ojcem musisz biec przed siebie, nie oglądając się na niego. Nie wolno ci potwierdzić, nie wolno ci nic innego zrobić, inaczej on cię zabije'.
Zdecydowanie nie byłam na to gotowa. Nie teraz, kiedy wszystko się sypało. Powinien być pewien limit złych rzeczy dziejących się na raz w życiu.
~~~
Czuję, że ten rozdział jest kompletnie o niczym. Ah, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
-Jak się czujesz? - spytałam cicho gładząc jego twarz. Nie spuszczałam wzroku z jego oczu. Ten delikatnie posmutniał.
-Ley, ona nie zasługiwała na Obliviate - wyszeptał cichutko. Ja kiwnęłam głową twierdząco. Nikt na nie nie zasługuje. Nawet gdyby był najgorszym człowiekiem i dzięki temu wyzbyłby się wszystkiego co okrutne. Nawet taki Crouch na to nie zasługuje. Znowu przed oczami stanął mi wczorajszy zmęczony życiem mężczyzna. Westchnęłam głęboko.
-Gdyby nie ono chodziłaby teraz pewnie przerażona po zamku. Uchroniłeś ją przed złem. Przed wielkim, wszechogarniającym strachem - wyszeptałam, a on kiwnął głową, że rozumie. - Na twoim miejscu każdy by tak postąpił, żeby nie cierpiała - dodałam spokojnym głosem. Ten kiwnął lekko głową i usiadł na łóżku. Położyłam głowę na jego udzie i skierowałam wzrok na jego twarz. Pogładził mnie delikatnie po włosach i przymknął oczy. - Wiesz, że będzie dobrze - wyszeptałam cicho. Fred skinął głową ponownie.
-Idziemy na śniadanie? - spytał cicho. Ja usiadłam koło niego. Położyłam dłoń na jego policzku.
-Może tak, ja przyniosę śniadanie, a ty idź się umyj i ubierz porządnie. To dobrze ci zrobi - odparłam, a ten uśmiechnął się blado. Wiedział, że miałam rację. Sama byłam zaskoczona, że to prawda. Kiedyś tak samo powiedział mi Zabini i od razu poczułam się trochę lepiej. Wstałam z łóżka i zapięłam koszulę, którą cały czas miałam na sobie. Fred powlókł się do łazienki. Ruszyłam do wyjścia z dormitorium i poszłam spokojnym krokiem ku Wielkiej Sali. Weszłam na nią i usiadłam przy swoim stole. Nie rozglądałam się po sali, w tym momencie nie obchodzili mnie inni i nie miałam wcale ochoty na żadne rozmowy. Jednak miało pójść zupełnie nie po mojej myśli. Nigdy nie szło po mojej myśli.
-Ley - usłyszałam wesoły głos za mną. Zacisnęłam na sekundę powieki i spojrzałam w stronę głosu z lekkim uśmiechem na twarzy. Ujrzałam za mną Blaise'a. Sala była prawie opustoszała, więc Zabini siadł koło mnie.
-Cześć Blaise, co tam u ciebie? - spytałam średnio wesoło. Ten zabrał z mojego talerza jednego tosta. Ugryzł go.
-Jakoś leci, chociaż David zachowuje się coraz dziwniej. Wydaje mi się, że jest zazdrosny, że spędzam czas z Draco, z którym jestem w dormitorium od samego początku nauki w Hogwarcie. Poza tym on wyraźnie jest z Bell - mruknął żując tosta. Wzruszyłam lekko ramionami nie chcąc mu nic mówić.
-Może gorsze dni czy coś - powiedziałam również gryząc tosta. Zabini kiwnął głową, że to może być prawdopodobne. Z jednej strony strasznie chciałabym, żeby Blaise wiedział co zrobił David, że postawił to okrutne ultimatum, które niezależnie od tego co wybiorę krzywdziło Zabiniego. Chociaż mój wybór mniej, dopóki się nie dowie. Z drugiej Zabini był szczęśliwy u jego boku, a tego zdecydowanie nie chciałam mu zabierać, bo się kochali i nie wybaczyłabym sobie smutku i znużenia Zabiniego. Jeśli sam się o tym dowie i spyta o zdanie to mu powiem. Ale tylko jeśli zapyta. Nie ma innej opcji.
-Czemu Freda nie ma? - spytał dotykając mojej koszuli. Uśmiechnął się trochę głupio przez moment. Pokiwałam głową lekko.
-Jeszcze nie wstał. Zaniosę mu śniadanie, bo w takim tempie pewnie na nie nie zdąży - zaśmiałam się wesoło. Zabini pogładził mnie po ręce.
-On to ma z tobą dobrze - powiedział radośnie. Kiwnęłam głową wesoło.
-To chyba miłość - stwierdziłam wesoło i usłyszałam chrząknięcie za nami. Dokładnie wiedziałam do kogo ono należało i co miałam zrobić w tym momencie. Zacisnęłam wargi mocno. Szybko nałożyłam na swój talerz jeszcze z trzy tosty i złapałam kubek z sokiem dyniowym.
-Muszę spadać, Fred pewnie już na mnie czeka - stwierdziłam widząc kątem oka Davida. Ten położył dłoń na ramieniu Zabiniego. Wyglądał na strasznie złego, i chociaż znosił to z niesamowitym spokojem to lada chwila mógł wybuchnąć i wygarnąć mi wszystko, co obiecałam w ultimatum. Nie chciałam narażać na to Blaise'a.
-Przed chwilą mó-
-Naprawdę muszę już iść - powiedziałam patrząc mu w oczy i ruszyłam ku wyjściu z Wielkiej Sali z jedzeniem. Odetchnęłam głęboko już za drzwiami. Skierowałam swoje kroki ku Wieży Gryffindoru. Tak bardzo chciałam o tym komuś powiedzieć. Wiem, że Fredowi nie mogłam, bo by się wypytywał o to, gdzie byłam na przed Nowym Rokiem, a nie chciałam nikomu mówić, że wróciłam do domu. Poza tym jeszcze by rozpamiętywał mój wyskok po Bożym Narodzeniu. Tak głupią rzecz, której naprawdę nie chciałam zrobić, żeby go skrzywdzić. Blaise od razu odpadał. Neville miał swoje problemy. Nie wiedziałam nawet komu o tym powiedzieć.
Gdyby Kroto żył byłoby o wiele prościej. Pewnie siedlibyśmy w kuchni przy wielkim, białym stole. W okolicach obiadu, gdy lasagne już piekłaby się w piekarniku. Na samą myśl o tym, aż mi się miło zrobiło na sercu. Tak kochałam jego kuchnię. Uśmiechnęłabym się do niego blado. On od razu by wiedział, że coś jest nie tak. Usiadłby koło mnie i dotknął mojej dłoni. Przeczuwał takie rzeczy. Mówią, że bliźniacy mają radar, że gdy jednemu się coś dzieje, to drugi od razu o tym wie. U nas to tak działało z Kroto. Dlatego jego śmierć bolała mnie tak mocno.
-Co jest? - spytałby zaniepokojonym głosem. Przygryzłabym wargę z lekkiego zdenerwowania. Ten pogładziłby mnie po dłoni kciukiem.
-Kojarzysz Davida? - spytałabym unosząc wzrok na niego. Ten na początku zacząłby myśleć, sklejać fakty o zasłyszanym gdzieś imieniu, potem nagle, po rozświetleniu myśli, skinąłby głową ochoczo. Wtedy opowiedziałabym mu całą historię, wszystko od samego początku, od ucieczki od Freda, aż do ultimatum Davida i mojej szybkiej reakcji. Zapewne pominęłabym kilka faktów, jednak meritum sprawy byłoby wciąż tak samo bolesne.
A on by siedział koło mnie i słuchał. Co jakiś czas kiwałby głową ze zrozumieniem. Po zakończeniu historii stwierdziłby, żebym niczym się nie przejmowała, że zawsze będzie przy mnie i że zawsze wie co robić. Dodałby, że jestem niesamowitą osobą i że bardzo mnie kocha. Jego rady były o tyle niesamowite, że zawsze się sprawdzały. Zawsze były trafne. Tak cholernie mi go brakowało.
Weszłam do dormitorium chłopaków. Fred siedział na swoim łóżku i rozmawiał z Jordanem o wczorajszym meczu. Już nie z tak dużą werwą, jak wczoraj, ale gdy zobaczył śniadanie na talerzu to odzyskał blask w oku. Podałam mu talerz.
-Fred, tak cholernie ci zazdroszczę Riley - stwierdził Lee z uśmiechem. Prychnęłam lekko i uśmiechnęłam się wesoło.
-Ja sam sobie jej zazdroszczę - przyznał wesoło rudzielec. Westchnęłam z uśmiechem patrząc na niego.
-Zbieram się do siebie - stwierdziłam, a Weasley podniósł głowę znad talerza. Lekko pocałował mnie w policzek.
-Dziękuję za śniadanie - powiedział z wdzięcznością i uśmiechnął się lekko. Kiwnęłam głową i ruszyłam do wyjścia. Weszłam do swojego dormitorium. W nim siedziała Granger razem z Brown i rozmawiały o czymś na transmutację. Usiadłam na swoim łóżku.
-Na szafce masz jakiś list. Rano sowa była - powiedziała trochę protekcjonalnym tonem Granger. Kiwnęłam głową ku niej i ujęłam kawałek papieru. Otworzyłam go delikatnie.
'Hart.
Biologiczny ojciec cię szuka.
Jest blisko ustalenia, że to ty.
Uważaj na siebie.'
Brzmiało to jak jakiś upiorny telegram. Nie podpisana groźba. Chociaż skądś kojarzyłam już to pismo. Otworzyłam szufladę szafki i zaczęłam szukać świstku papieru od Bartyego. Gdzieś w głębi szuflady znalazłam list. Porównałam pismo na oko.Czemu Barty miałby mnie o czymś takim informować? Ta gnida? Czyżby miał jakieś serce, czy po prostu się ze mną bawi? Dlaczego obie opcje były tak możliwe?
-Co to? - usłyszałam zaciekawiony głos Brown. Spojrzałam na nią znad kartek.
-Stary znajomy się o mnie martwi - stwierdziłam trochę tajemniczo, ale z grubsza to była całkowita prawda. Prawdopodobnie z nutką sarkazmu, ale chciałam wierzyć, że jednak to co jest tam napisane płynie z czystej dobroci, a nie chęci usrania kogoś jeszcze bardziej i zastraszenia jak nigdy dotąd.
Po głowie krążyło mi 'Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek powie ci, że jest twoim biologicznym ojcem musisz biec przed siebie, nie oglądając się na niego. Nie wolno ci potwierdzić, nie wolno ci nic innego zrobić, inaczej on cię zabije'.
Zdecydowanie nie byłam na to gotowa. Nie teraz, kiedy wszystko się sypało. Powinien być pewien limit złych rzeczy dziejących się na raz w życiu.
~~~
Czuję, że ten rozdział jest kompletnie o niczym. Ah, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
niedziela, 11 marca 2018
Rozdział pięćdziesiąty piąty
Przesunęłam się tak, żeby miał trochę miejsca koło mnie. On podał mi butelkę i położył się na brzuchu podpierając się łokciami. Pogładziłam go po policzku delikatnie. Na jego twarzy wykwitł uśmiech. W oczach miał najpiękniejsze szaleństwo, jakie dane mi było ujrzeć. Odkręciłam korek Ognistej i pociągnęłam mały łyk trunku.
Fred cały czas przypatrywał mi się w skupieniu, jakby chciał zapamiętać każdy fragment mojego ciała, każdy odruch. Jakby wiedział więcej ode mnie. Odsunęłam butelkę od ust, a Weasley dotknął skraju mojej koszulki. Zaczął powoli podsuwać ją do góry. Uniosłam ręce. Zsunął mi ją z ciała. Czułam, że Weasley mi się przygląda. Dotknął ustami mojego brzucha. Przymknęłam powieki i jedną rękę wsunęłam w jego włosy. Druga dalej mocno trzymała butelkę Ognistej. Zaczął sunąć pocałunkami w górę po mostku, gdzie zatrzymał się na dłużej. Uśmiechnęłam się lekko zsuwając dłonie po jego plecach. Podsunęłam jego koszulkę do góry, ten ściągnął ją z siebie i dotknął ustami mojej szyi. Dotknęłam jego paska i zaczęłam go powoli rozpinać. Fred na moment podniósł wzrok i wielki uśmiech rozświetlający jego twarz. Tak idealny uśmiech.
Fred cały czas przypatrywał mi się w skupieniu, jakby chciał zapamiętać każdy fragment mojego ciała, każdy odruch. Jakby wiedział więcej ode mnie. Odsunęłam butelkę od ust, a Weasley dotknął skraju mojej koszulki. Zaczął powoli podsuwać ją do góry. Uniosłam ręce. Zsunął mi ją z ciała. Czułam, że Weasley mi się przygląda. Dotknął ustami mojego brzucha. Przymknęłam powieki i jedną rękę wsunęłam w jego włosy. Druga dalej mocno trzymała butelkę Ognistej. Zaczął sunąć pocałunkami w górę po mostku, gdzie zatrzymał się na dłużej. Uśmiechnęłam się lekko zsuwając dłonie po jego plecach. Podsunęłam jego koszulkę do góry, ten ściągnął ją z siebie i dotknął ustami mojej szyi. Dotknęłam jego paska i zaczęłam go powoli rozpinać. Fred na moment podniósł wzrok i wielki uśmiech rozświetlający jego twarz. Tak idealny uśmiech.
Drzwi trzasnęły mocno, prawie wyrwane z futryn. Usiadłam na łóżku, a Fred siadł koło mnie. Oboje byliśmy zaskoczeni, ale tylko on przerażony. W futrynach stał rozwścieczony Barty. Wkroczył do dormitorium i złapał Freda za ramię.
-Wypad - warknął na niego wyciągając go z łóżka. Ten wstał dalej zaskoczony.
-To moje dormitorium - wybełkotał, gdy wróciło mu trochę trzeźwości. Widziałam gotującą się twarz Croucha. Wyrzucił Weasleya za drzwi bez większego szarpania i rzucił za nim sweter. Nawet nie dał mu czegokolwiek innego zrobić
-Nawet nie wiesz jak bardzo mam to w dupie - ryknął za nim i zatrzasnął drzwi. Szybko zamknął drzwi na klucz. Fred zaczął dobijać się i krzyczeć do drzwi. Wszystko zlało się z odgłosami z dołu. Ja dalej nie rozumiejąc co się właściwie dzieje zsunęłam się z łóżka. Crouch spojrzał na mnie i trochę ochłonął.
-Czego chcesz? - mruknęłam czując jak odchodzi ze mnie chęć życia. Ten wyciągnął coś z kieszeni i pokazał mi to. Widziałam moimi zawiasami napisane przeprosiny.
-Czy ciebie już do końca pokurwiło? - wrzasnął i znalazł się nagle tak blisko mnie, że mógł chwycić mocno w garść moje ciało. Spojrzałam mu w oczy wyzywająco, ale gdzieś czaił się strach. Jeszcze nigdy tak na mnie nie naskakiwał. Nigdy nie krzyczał w ten sposób. Nie był tak cholernie zły.
-To tylko zwykła kartka - mruknęłam cicho nie rozumiejąc jego wzburzenia. W jego oczach widziałam tylko irytację i czyste zło.
-To tylko zwykła kartka - mruknęłam cicho nie rozumiejąc jego wzburzenia. W jego oczach widziałam tylko irytację i czyste zło.
-Nie wiedziałem, że jesteś taką kretynką - ryknął na mnie przyciskając mnie do ściany, która nagle wyrosła za moimi plecami. - Na jaką cholerę to wysyłałaś? - dodał jeszcze bardziej rozjuszonym głosem. Nie spuściłam z niego wzroku, mimo że głos zamarł mi w gardle i wydawało mi się w tamtym momencie, że na dobre. Nie wiedziałabym nawet co powiedzieć.
Bo tak podpowiadało mi sumienie? Bo gdyby nie ta kartka to moralny kac trzymałby mnie do teraz? Bo w głębi duszy nadal nie wierzyłam, że Blaise zabił człowieka? Bo czuję się odpowiedzialna za całe zło, które przydarzyło się tej rodzinie? Bo jestem cholernie głupia?
Bo tak podpowiadało mi sumienie? Bo gdyby nie ta kartka to moralny kac trzymałby mnie do teraz? Bo w głębi duszy nadal nie wierzyłam, że Blaise zabił człowieka? Bo czuję się odpowiedzialna za całe zło, które przydarzyło się tej rodzinie? Bo jestem cholernie głupia?
Ten dyszał ciężko nad moja głową. Widział przerażenie w moich oczach i głęboki żal do jego osoby. Położył dłoń na moim biodrze i przyłożył czoło do ściany za mną. Odetchnął głęboko będąc bardzo blisko mnie. Odsunął się i spojrzał na mnie. Całe zło z jego oczu jakby wyparowało.
-Możesz po prostu już tego nie robić? Nie robić innych głupich rzeczy? - spytał trochę zmęczonym głosem. Od czasu, gdy wyciągała go spod gruzów ściany w Korytarzu nie widziałam go tak bardzo zmarnowanego. Dopiero teraz to zauważyłam. Kiwnęłam twierdząco głową. Ten wyglądał jakby mu lekko ulżyło. Przejechał wierzchem dłoni po moim policzku. Chciał coś powiedzieć, coś ważnego. Rozpłynął się w czarnej mgle. Przymknęłam oczy i zsunęłam się po ścianie zaciskając powieki. Wyciągnęłam różdżkę i skierowałam w stronę drzwi.
-Alohomora - wybełkotałam, a zamek się otworzył. Do dormitorium wsunął się przerażony Fred. Podbiegł do mnie i objął moje ciało ramieniem. Uchyliłam powieki i znad jego ramienia zobaczyłam, że tamta dziewczyna z Pokoju Wspólnego przygląda się nam zza progu. - Ona wie kto tu był? - spytałam cichutko i odsunęłam Weasleya ode mnie. Ten spojrzał w stronę drzwi. Wstał i szybko podszedł do nich.
-Co się dzieje? - wybełkotała dziewczyna. Ja tylko wstałam z podłogi i ruszyłam do łazienki. Usiadłam na podłodze w jej kącie. Najgorsze było to, że było mi przykro nie z powodu, że Barty na mnie krzyczał i wyzywał od głupich, tylko dlatego, że był tak strasznie zmęczony. Że już nic mu się kompletnie nie chciało. Czyżby udało mi się nawet Śmierciożercę zniszczyć? Czy to znaczy, że potrafię zniszczyć każdego?
Drzwi do dormitorium się zamknęły, a do łazienki wszedł Fred. Usiadł naprzeciwko mnie i położył mi dłonie na udach. Spojrzał w moje oczy.
-Nic nie wie - powiedział cicho. Pierwszy raz od tak dawna jego wzrok wypełniał ból, a nie miłość. Zmarszczyłam lekko brwi. Odsunęłam się od ściany i nachyliłam nad nim kładąc swoje dłonie na jego.
-Co zrobiłeś? - spytałam cicho. Ten spuścił głowę na moment na nasze dłonie.
-Crouch wyrzucił mnie z dormitorium, gdy ona już tam stała. Nie widziała go wcześniej, dopiero kiedy rzucił mi sweter go zauważyła. Widziałem czyste przerażenie na jej twarzy - mruknął cicho i spojrzał na mnie. Zagryzłam lekko wargę marszcząc delikatnie brwi. - Starałem się dostać do dormitorium, ale ona panikowała. Nie wiedziałem co robić - zaciął się lekko i westchnął głęboko. Wiedziałam co chciał powiedzieć. Położyłam dłonie na jego policzkach. Ten spojrzał na mnie. Drugi raz widziałam zmęczenie na czyjejś twarzy dzisiaj. Za każdym razem to była moja wina. Za każdym razem to ja musiałam coś spieprzyć, żeby zobaczyć ten wzrok - pośrednio czy bezpośrednio.
-Nie chciałem.
-Wiem Freddie - wybełkotałam cichutko patrząc mu w oczy. Delikatnie dotknęłam jego warg swoimi i odsunęłam się. - Przepraszam, że zepsułam ci jeden z najlepszych dni w życiu - dodałam szeptem. Ten przymknął oczy i odetchnął głęboko. Gdy uchylił powieki znowu ujrzałam miłość w jego oczach.
-Trzeba się położyć spać, to był zbyt długi dzień - wybełkotał patrząc na mnie. Kiwnęłam twierdząco głową i wstałam z podłogi. Ten wstał tuż po mnie. Poszliśmy spokojniej do łóżka. Wsunęłam się pod kołdrę, a on tuż za mną. Położyłam głowę na jego ramieniu. Dosyć szybko usłyszałam jego spokojny oddech. Spał. Wiedziałam, że jestem koszmarnym człowiekiem, ale nigdy nie przypuszczałam, że aż tak. Wysunęłam się z jego ramion i narzuciłam pierwszą lepszą koszulę na siebie. Nie przejmowałam się nawet zapinaniem guzików. Zeszłam na dół do Pokoju Wspólnego. Impreza powoli umierała śmiercią alkoholową. Podeszłam do jakiegoś stołu i nalałam do plastikowego kubka Ognistej. Rozejrzałam się po jeszcze żywych ludziach i nie znajdując żadnego godnego kompana usiadłam sama przed kominkiem po turecku.
Uniosłam kubek do ust i upiłam łyka trunku. Przytuliłam kolana do klatki piersiowej i poczułam dłoń na swoim ramieniu.
-Nie mam ochotę na żadną rozmowę - powiedziałam spokojnym tonem, ale postać się tym nie zraziła i usiadła obok mnie. Postawiła kubek z alkoholem obok mojego.
-Możemy pomilczeć - stwierdził niebieskooki chłopak. Spojrzałam na niego. Dawno go nie widziałam. Opuchlizna pod okiem wydawała się dawno zniknąć. Dalej był tym bladym chłopakiem, który kiedyś przyznał mi się wprost, że obserwuje ludzi. Uśmiechnęłam się blado z wdzięcznością i znowu spojrzałam na kominek. Żadne z nas nie odezwało się przez następną godzinę. Czasami tylko dotykaliśmy swoimi kubkami drugiego kubka, żeby wznieść niewerbalny toast. Zdarzało się, że któreś z nas dolewało alkoholu drugiemu, gdy się skończył w kubku.
-Jesteś bardzo w porządku człowiekiem - stwierdziłam w końcu szeptem, gdyż zapadła tak wielka cisza w Pokoju Wspólnym, że miałam wrażenie, że każdy głośniejszy dźwięk zburzy ten spokój. Ten spuścił głowę na moment i spojrzał na mnie ponownie.
-Zdecydowanie nie. Chodzenie za ludźmi i wkraczanie w ich życie, wtedy kiedy wszystko się wali nie jest dobrym sposobem na pozyskiwanie znajomych - stwierdził spokojnie. Zmarszczyłam lekko brwi nie mając pojęcia o czym on mówi. - Jeszcze w pociągu do Hogwartu słyszałem jak rozmawiasz o swoim opiekunie z tym czarnym Ślizgonem. Stwierdziłem, że to dosyć ciekawa historia skoro nie wiesz jak pojawiłaś się w pociągu. Zacząłem pisać do mojego brata pracującego w Ministerstwie, żeby mi przybliżył sprawę. Oni nie wiedzieli o co chodzi. Zaczęli szukać informacji, dlatego w końcu wysłali ci to zaproszenie na rozprawę. To była moja wina - dodał, a ja po prostu nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Siedziałam tam jak wryta w ziemię i tylko przypatrywałam się zmieszaniu na jego twarzy. To przez niego zwątpiłam w Kroto pierwszy raz w życiu. To dzięki niemu dostaję co chwilę od Bartyego, bo sobie usrał, że robię coś nie tak.
-Po co? - udało mi się wyartykułować. Ten wzruszył lekko ramionami. Już nie wiedziałam co myśleć.
-Chciałem się czegoś dowiedzieć, może pomóc - wybełkotał niepewnie. Spojrzałam na niego zmęczonym wzrokiem. Kiwnęłam głową.
-Nie rób tego więcej - stwierdziłam spokojnie i wstałam z kubkiem z alkoholem z miejsca. Dopiłam Ognistą i idąc na górę do Freda postawiłam kubek na jednym ze stolików. Weszłam do dormitorium chłopaków i wsunęłam się pod kołdrę. Miałam tylko nadzieję, że jakoś uda mi się zasnąć. To było jedyne czego teraz chciałam i potrzebowałam.
Dawno tak strasznie nie pragnęłam snu.
~~~
Trochę mi zajął ten rozdział, ale nie miałam zbytniej koncepcji na niego. Jednak mimo to cos się wyjaśnia w nim, z czego jestem dość zadowolona. Także no, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
-Możesz po prostu już tego nie robić? Nie robić innych głupich rzeczy? - spytał trochę zmęczonym głosem. Od czasu, gdy wyciągała go spod gruzów ściany w Korytarzu nie widziałam go tak bardzo zmarnowanego. Dopiero teraz to zauważyłam. Kiwnęłam twierdząco głową. Ten wyglądał jakby mu lekko ulżyło. Przejechał wierzchem dłoni po moim policzku. Chciał coś powiedzieć, coś ważnego. Rozpłynął się w czarnej mgle. Przymknęłam oczy i zsunęłam się po ścianie zaciskając powieki. Wyciągnęłam różdżkę i skierowałam w stronę drzwi.
-Alohomora - wybełkotałam, a zamek się otworzył. Do dormitorium wsunął się przerażony Fred. Podbiegł do mnie i objął moje ciało ramieniem. Uchyliłam powieki i znad jego ramienia zobaczyłam, że tamta dziewczyna z Pokoju Wspólnego przygląda się nam zza progu. - Ona wie kto tu był? - spytałam cichutko i odsunęłam Weasleya ode mnie. Ten spojrzał w stronę drzwi. Wstał i szybko podszedł do nich.
-Co się dzieje? - wybełkotała dziewczyna. Ja tylko wstałam z podłogi i ruszyłam do łazienki. Usiadłam na podłodze w jej kącie. Najgorsze było to, że było mi przykro nie z powodu, że Barty na mnie krzyczał i wyzywał od głupich, tylko dlatego, że był tak strasznie zmęczony. Że już nic mu się kompletnie nie chciało. Czyżby udało mi się nawet Śmierciożercę zniszczyć? Czy to znaczy, że potrafię zniszczyć każdego?
Drzwi do dormitorium się zamknęły, a do łazienki wszedł Fred. Usiadł naprzeciwko mnie i położył mi dłonie na udach. Spojrzał w moje oczy.
-Nic nie wie - powiedział cicho. Pierwszy raz od tak dawna jego wzrok wypełniał ból, a nie miłość. Zmarszczyłam lekko brwi. Odsunęłam się od ściany i nachyliłam nad nim kładąc swoje dłonie na jego.
-Co zrobiłeś? - spytałam cicho. Ten spuścił głowę na moment na nasze dłonie.
-Crouch wyrzucił mnie z dormitorium, gdy ona już tam stała. Nie widziała go wcześniej, dopiero kiedy rzucił mi sweter go zauważyła. Widziałem czyste przerażenie na jej twarzy - mruknął cicho i spojrzał na mnie. Zagryzłam lekko wargę marszcząc delikatnie brwi. - Starałem się dostać do dormitorium, ale ona panikowała. Nie wiedziałem co robić - zaciął się lekko i westchnął głęboko. Wiedziałam co chciał powiedzieć. Położyłam dłonie na jego policzkach. Ten spojrzał na mnie. Drugi raz widziałam zmęczenie na czyjejś twarzy dzisiaj. Za każdym razem to była moja wina. Za każdym razem to ja musiałam coś spieprzyć, żeby zobaczyć ten wzrok - pośrednio czy bezpośrednio.
-Nie chciałem.
-Wiem Freddie - wybełkotałam cichutko patrząc mu w oczy. Delikatnie dotknęłam jego warg swoimi i odsunęłam się. - Przepraszam, że zepsułam ci jeden z najlepszych dni w życiu - dodałam szeptem. Ten przymknął oczy i odetchnął głęboko. Gdy uchylił powieki znowu ujrzałam miłość w jego oczach.
-Trzeba się położyć spać, to był zbyt długi dzień - wybełkotał patrząc na mnie. Kiwnęłam twierdząco głową i wstałam z podłogi. Ten wstał tuż po mnie. Poszliśmy spokojniej do łóżka. Wsunęłam się pod kołdrę, a on tuż za mną. Położyłam głowę na jego ramieniu. Dosyć szybko usłyszałam jego spokojny oddech. Spał. Wiedziałam, że jestem koszmarnym człowiekiem, ale nigdy nie przypuszczałam, że aż tak. Wysunęłam się z jego ramion i narzuciłam pierwszą lepszą koszulę na siebie. Nie przejmowałam się nawet zapinaniem guzików. Zeszłam na dół do Pokoju Wspólnego. Impreza powoli umierała śmiercią alkoholową. Podeszłam do jakiegoś stołu i nalałam do plastikowego kubka Ognistej. Rozejrzałam się po jeszcze żywych ludziach i nie znajdując żadnego godnego kompana usiadłam sama przed kominkiem po turecku.
Uniosłam kubek do ust i upiłam łyka trunku. Przytuliłam kolana do klatki piersiowej i poczułam dłoń na swoim ramieniu.
-Nie mam ochotę na żadną rozmowę - powiedziałam spokojnym tonem, ale postać się tym nie zraziła i usiadła obok mnie. Postawiła kubek z alkoholem obok mojego.
-Możemy pomilczeć - stwierdził niebieskooki chłopak. Spojrzałam na niego. Dawno go nie widziałam. Opuchlizna pod okiem wydawała się dawno zniknąć. Dalej był tym bladym chłopakiem, który kiedyś przyznał mi się wprost, że obserwuje ludzi. Uśmiechnęłam się blado z wdzięcznością i znowu spojrzałam na kominek. Żadne z nas nie odezwało się przez następną godzinę. Czasami tylko dotykaliśmy swoimi kubkami drugiego kubka, żeby wznieść niewerbalny toast. Zdarzało się, że któreś z nas dolewało alkoholu drugiemu, gdy się skończył w kubku.
-Jesteś bardzo w porządku człowiekiem - stwierdziłam w końcu szeptem, gdyż zapadła tak wielka cisza w Pokoju Wspólnym, że miałam wrażenie, że każdy głośniejszy dźwięk zburzy ten spokój. Ten spuścił głowę na moment i spojrzał na mnie ponownie.
-Zdecydowanie nie. Chodzenie za ludźmi i wkraczanie w ich życie, wtedy kiedy wszystko się wali nie jest dobrym sposobem na pozyskiwanie znajomych - stwierdził spokojnie. Zmarszczyłam lekko brwi nie mając pojęcia o czym on mówi. - Jeszcze w pociągu do Hogwartu słyszałem jak rozmawiasz o swoim opiekunie z tym czarnym Ślizgonem. Stwierdziłem, że to dosyć ciekawa historia skoro nie wiesz jak pojawiłaś się w pociągu. Zacząłem pisać do mojego brata pracującego w Ministerstwie, żeby mi przybliżył sprawę. Oni nie wiedzieli o co chodzi. Zaczęli szukać informacji, dlatego w końcu wysłali ci to zaproszenie na rozprawę. To była moja wina - dodał, a ja po prostu nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Siedziałam tam jak wryta w ziemię i tylko przypatrywałam się zmieszaniu na jego twarzy. To przez niego zwątpiłam w Kroto pierwszy raz w życiu. To dzięki niemu dostaję co chwilę od Bartyego, bo sobie usrał, że robię coś nie tak.
-Po co? - udało mi się wyartykułować. Ten wzruszył lekko ramionami. Już nie wiedziałam co myśleć.
-Chciałem się czegoś dowiedzieć, może pomóc - wybełkotał niepewnie. Spojrzałam na niego zmęczonym wzrokiem. Kiwnęłam głową.
-Nie rób tego więcej - stwierdziłam spokojnie i wstałam z kubkiem z alkoholem z miejsca. Dopiłam Ognistą i idąc na górę do Freda postawiłam kubek na jednym ze stolików. Weszłam do dormitorium chłopaków i wsunęłam się pod kołdrę. Miałam tylko nadzieję, że jakoś uda mi się zasnąć. To było jedyne czego teraz chciałam i potrzebowałam.
Dawno tak strasznie nie pragnęłam snu.
~~~
Trochę mi zajął ten rozdział, ale nie miałam zbytniej koncepcji na niego. Jednak mimo to cos się wyjaśnia w nim, z czego jestem dość zadowolona. Także no, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
sobota, 24 lutego 2018
Rozdział pięćdziesiąty czwarty
Po skończonym posiłku ruszyłam z Fredem do Pokoju Wspólnego. Trzymał moją dłoń delikatnie i cały czas opowiadał o jutrzejszym meczu Quidditcha z Krukonami.
-Bez Johnson nie mamy najmniejszych szans, ona spajała ten zespół, mimo że to Potter jest kapitanem - stwierdził z poczuciem winy w głosie. Dalej obwiniał o wszystko to co się stało siebie, mimo że nic złego nie zrobił.
-Jesteście świetną drużyną i z Johnson czy bez niej dacie z siebie wszystko. Może nie wygracie, ale chociaż będziecie usatysfakcjonowani grą. Długo to wszystko ćwiczycie, a spróbować zawsze warto - powiedziałam łagodnym głosem. Ten kiwnął lekko głową i objął mnie ramieniem. Weszliśmy do Pokoju Wspólnego. - Od razu idź do swojego dormitorium, masz się wyspać przed jutrem - dodałam pewnym tonem patrząc mu w oczy. Ten położył dłoń na moim policzku.
-Na pewno nie masz ochoty pójść ze mną? - spytał wesołym tonem. Dotknęłam jego dłoni na moim policzku.
-Ale idziesz od razu spać - stwierdziłam, a ten zaśmiał się kiwając głową. Pocałował mnie w czoło i ruszyliśmy do jego dormitorium. Weszłam do pustego pomieszczenia i zsunęłam spodnie z siebie. Wsunęłam się pod kołdrę, gdzie zaraz pojawił się i Fred. Położyłam głowę na jego ramieniu.
-Dziękuję - wybełkotał dotykając ustami czubka mojej głowy. Kiwnęłam lekko głową. Teraz uświadomiłam sobie, że przy nikim nie byłam tak bezpieczna, nie czułam się tak bezpiecznie jak przy Fredzie. Jego nie musiałam w większości przypadków chronić, mój umysł jednak nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Cały czas odsuwałam go od ważnych rzeczy albo Śmierciożerców. Ale on dalej chciał być tego częścią. Tego zła. Po co? Po chwili zaczął spokojnie oddychać, zasnął. Mógł mieć każdą, ma mnie. Co poszło w jego życiu nie tak? Zasnęłam.
Obudziłam się jeszcze przed wszystkimi, co dla mnie było nowością. Przeciągnęłam się lekko i usiadłam w łóżku. Mogłabym tutaj leżeć, aż do meczu, ale jednak trzeba było się zwlec i pójść do Hagrida na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami. Uśmiechnęłam się sama do siebie, bo akurat te zajęcia bardzo lubiłam. Wstałam z łóżka i wsunęłam się w spodnie. Wyszłam z dormitorium, potem z Pokoju Wspólnego i pognałam wesoło na błonia. Tam już stał Hagrid i musztrował psidwaki. Podeszłam do niego.
-Cześć Hagridzie - powiedziałam wesoło i kucnęłam, żeby przywitać się z trzema zwierzakami. Hagrid podniósł się do pozycji stojącej.
-Ty nie na śniadaniu? - spytał lekko zdzwiony. Spojrzałam w jego stronę z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Dzisiaj sobie odpuściłam, bo wiedziałam, że pierwsza lekcja jest u ciebie - przyznałam wesoło. Ten tylko pokiwał głową z politowaniem.
-Ja właśnie będę szedł na śniadanie, przyniosę ci coś - powiedział spokojniej i poklepał mnie po ramieniu lekko. Usiadłam na ziemi otoczona psidwakami.
-Dziękuję - odparłam patrząc na niego. Ten kiwnął głową i zaczął kroczyć w stronę zamku. Pogładziłam czarnego psidwaka po łebku. Szary położył się obok mnie chcąc być nieustannie głaskany. Uśmiechnęłam się wesoło do zwierzaków.
-Czemu jesteście takie niesamowite? - spytałam sama siebie cichutko bawiąc się z nimi wesoło. Po kilku minutach wrócił Hagrid z dwoma tostami, które mi podał. Kiwnęłam mu głową i zaczęłam jeść na pół z psidwakami.
-Dzisiaj się będziecie o nich uczyć i może chropianki im powyjmujemy, jak będą grzeczne - stwierdził patrząc jak urywam kawałek tosta i podaję jednemu ze zwierzaków. Kiwnęłam wesoło głową. Powoli uczniowie zaczęli się schodzić. Na ich ustach był tylko dzisiejszy mecz. Hagrid zaczął opowiadać o psidwakach. Większość słuchała go w spokoju, bo wyglądały trochę jak psy, tylko Hagrid nie ucinał im ogona, chociaż było to dozwolone, żeby mugole nie widzieli różnicy. Zajęcia jednak szybko się skończyły. Nawet nie zauważyłam kiedy, ale siedziałam już na Wielkiej Sali przy obiedzie. Dzisiaj drużyna siedziała blisko siebie. George siedział za Fredem, ale ten drugi dalej siedział koło mnie. Położył dłoń na moim udzie i zawzięcie dyskutował o strategii. Lubiłam Quidditcha, ale u mnie kończyło się na oglądaniu, a czasami nawet nie.
-Przyjdziesz na mecz, prawda? - spytał nagle odwracając się Fred. Spojrzałam na niego z sokiem dyniowym w dłoni. Uśmiechnęłam się lekko.
-Oczywiście - odparłam spokojnie, a ten oduśmiechnął się i pocałował mnie w policzek. Pokiwałam głową z politowaniem, a on wrócił do użalania się nad tym, że Johnson nie gra. Położyłam dłoń na ręce Freda i oparłam głowę o jego ramię. Ten objął mnie ramieniem i dalej rozmawiał. Nagle Potter zarządził wyjście, bo gracze z Ravenclaw też już się zbierali. Fred spojrzał w moją stronę. Położyłam dłonie na jego policzkach i delikatnie musnęłam jego usta swoimi.
-Teraz to na pewno wygramy - stwierdził wesoło odsuwając się ode mnie. Kiwnęłam pogodnie głową, a oni zaczęli znikać w drzwiach wyjściowych z Wielkiej Sali. Dojadłam to co miałam na talerzu i razem z całą chmarą uczniów ruszyłam na boisko. Wdrapaliśmy się na trybuny. Usiadłam w dosyć dobrym miejscu. Wystarczająco blisko, żeby widzieć wszystko i wystarczająco daleko, żeby nie dostać tłuczkiem. Drużyny jeszcze nie poderwały się z ziemi. Komentatorem jak zwykle był Lee Jordan.
-Cieszę się ogromnie, że mimo mrozu pojawiliście się tak licznie na kolejnej rozgrywce Gryffonów z Krukonami - powiedział wesołym tonem, na co połowa widowni zareagowała wiwatem. - Gra się zaczyna. Gryffoni pod przewodnictwem Harry'ego Pottera prezentują się dzisiaj w pełnej gotowości - rozlega się pisk dziewcząt Gryffońskich. Klaszczę w ręce, nie próbuję się odzywać. - Tak samo dobrze przygotowani są dzisiaj Krukoni, których prowadzić dzisiaj będzie Michael Corner - pisk z Krukońskiej strony trybun. Drużyny wzbiły się w powietrze. - Zaczynamy grę - wydarł się Jordan, na co wszyscy zareagowali pozytywnym hałasem.
Gra Gryffonów była niesamowita, byli tak zgrani. Każde podanie wykonane z gracją, dobrze wymierzone. W pewnym momencie Krukoni nie dawali rady nadążać za wbijanymi kaflami. Widać było mocne zdenerwowanie na ich twarzach. Mieliśmy stutrzydziesto-punktową przewagę. Nagle Potter zawisł na miotle, a w tym samym momencie szukający Krukonów złapał znicza. Widownia zamarła.
-Krukoni zwyciężają - ryknął Jordan. Gromki wiwat rozległ się z Krukońskiej strony trybun. Gryffoni wstali i klaskali. Byli dumni ze swojej drużyny, z ich zaciętości, mimo że nie wygrali. Nie dałam rady długo przebywać w tym gwarze. Ruszyłam na dół po schodach, żeby spotkać się z drużyną przy wyjściu. Żeby zobaczyć Freda. Hałas mocno ucichł, a ja usiadłam na ziemi przy wejściu na boisko. Odetchnęłam głęboko. Od razu poczułam się lepiej. Nie potrafiłam myśleć w tym momencie o niczym. Po kilku minutach zaczęli schodzić z trybun ludzie, a między nimi mieszały się drużyny.
Fred ledwo mnie zauważył, a już byłam w jego objęciach. Mocno mnie przytulił. Nie spodziewał się tak dobrego wyniku. Był cholernie szczęśliwy.
-Gratuluję - wybełkotałam w jego klatkę piersiową między objęciami. Ten zaśmiał się radośnie.
-Miałaś rację. Mimo że nie było Angeliny daliśmy radę. Widziałaś miny Krukonów, jak wychodziliśmy na prowadzenie? - spytał rozweselony patrząc mi w oczy. Kiwnęłam twierdząco głową z uśmiechem na twarzy. - Nigdy tego nie zapomnę - dodał obejmując mnie ramieniem. Ruszyliśmy za ciągnącym się do zamku korowodem szczęśliwych uczniów. Będzie to jeszcze rozpamiętywać przez kolejne dziesięć lat. Weszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdzie widać było poustawiane stoliki i wiwatujących ludzi. Pod niektórymi zdołałam dostrzec Ognistą i byłam pewna, że w tym maczali palce bliźniacy. Ludzie gratulowali Fredowi, gdy szliśmy przez Pokój Wspólny.
-Przyniosę Ognistej - powiedziałam mu na ucho unosząc się na palcach. Ten kiwnął wesoło głową, a ja poszłam do pierwszego lepszego stolika. Wyciągnęłam spod niego butelkę z trunkiem i rozlałam do dwóch plastikowych kubków. Wróciłam do Freda, on dalej przyjmował gratulacje. Podałam mu kubek. Ten uśmiechnął się promiennie do mnie.
-To są chwile, w których uwielbiam być Gryffonem - stwierdził dumnym głosem wsuwając lewą dłoń w tylną kieszeń moich spodni. Uśmiechnęłam się lekko.
-Za Gryffonów - powiedziałam unosząc kubeczek. Ten podchwycił toast i uniósł swój.
-ZA GRYFFONÓW - krzyknął wesoło. Dużo osób razem z nim podniosła kubki. Nastał radosny gwar. Fred stuknął swoim kubkiem o mój. Upiłam sporego łyka i rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Dawno nie widziałam tak wielkiej dawki szczęścia na tak małej powierzchni. Podeszła do nas jakaś dziewczyna, zapewne o rok ode mnie młodsza. Zaczęła rozmawiać z Fredem o Quidditchu. Ja się tylko przysłuchiwałam upijając co jakiś czas alkoholu z kubka.
-Świetnie wam dzisiaj poszło. To było niesamowite jak sprawnie poruszacie się po boisku - stwierdziła z zachwytem. Fred wyglądał na zadowolonego.
-To zasługa całej drużyny. Gdyby nie oni, nic by się nie udało. To był idealnie technicznie rozegrany mecz - stwierdził głosem znawcy. Jego dłoń dalej tkwiła w mojej tylnej kieszeni. Zauważyłam Neville'a w tłumie. Stał z Alice. Odchyliłam się lekko i pomachałam mu wesoło. Oboje mi odmachali i zniknęli przy stoliku z Ognistą. Wracając wzrokiem napotkałam oczy dziewczyny rozmawiającej z Fredem. Przejechała nim po ręce Freda, która wcześniej z jej perspektywy była po prostu ukryta za moimi plecami. Gdy się odchyliłam okazało się jednak, że dotyka mojego tyłka. Przez ułamek sekundy widać było lekki zawód na jej twarzy. Wzruszyłam sama do siebie ramionami i dopiłam Ognistej.
-Fred, jestem strasznie zmęczona. Mogę pójść do waszego dormitorium? Wtedy jak wrócisz to nie będziesz musiał główkować nad tym, jak się dostać do mojego - powiedziałam z uśmiechem. Ten spojrzał na mnie z lekkim niepokojem.
-Wszystko w porządku? - spytał cicho. Ja spojrzałam mu w oczy kiwając twierdząco głową.
-Tak, nie martw się. To tylko zmęczenie. Ty się baw, a my się spotkamy później. Możesz przynieść tam Ognistą i wypijemy, jeśli jeszcze nie będę spać - odparłam wesoło. Ten uśmiechnął się radośnie. Pocałował mnie w czoło.
-Zapamiętam - stwierdził i wrócił wzrokiem do dziewczyny. Ruszyłam na górę po schodach do ich dormitorium. Dzisiejszy dzień nie był tak męczący jak tamten, ale przytłoczyła mnie ilość ludzi w Pokoju Wspólnym. To przepychanie. Weszłam do nich do dormitorium i po prostu weszłam do łóżka Freda. Skuliłam się lekko i przymknęłam oczy. Nie chciałam zasypiać, gdyż perspektywa Ognistej z Weasley'em bardzo mi się podobała. Po jakimś czasie drzwi od dormitorium się uchyliły.
-Ley, śpisz? - spytał lekko pijanym głosem Fred. Usiadłam na łóżku.
-Jeszcze nie - powiedziałam spokojnym głosem. Ten wsunął się do środka z butelką w połowie wypełnioną bursztynowym płynem. Zapowiadała się wesoła noc.
~~~
Usiadłam przed komputerem chcąc napisać fragment, tak dobrze mi się pisało, że skończyłam rozdział. Ah, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
-Bez Johnson nie mamy najmniejszych szans, ona spajała ten zespół, mimo że to Potter jest kapitanem - stwierdził z poczuciem winy w głosie. Dalej obwiniał o wszystko to co się stało siebie, mimo że nic złego nie zrobił.
-Jesteście świetną drużyną i z Johnson czy bez niej dacie z siebie wszystko. Może nie wygracie, ale chociaż będziecie usatysfakcjonowani grą. Długo to wszystko ćwiczycie, a spróbować zawsze warto - powiedziałam łagodnym głosem. Ten kiwnął lekko głową i objął mnie ramieniem. Weszliśmy do Pokoju Wspólnego. - Od razu idź do swojego dormitorium, masz się wyspać przed jutrem - dodałam pewnym tonem patrząc mu w oczy. Ten położył dłoń na moim policzku.
-Na pewno nie masz ochoty pójść ze mną? - spytał wesołym tonem. Dotknęłam jego dłoni na moim policzku.
-Ale idziesz od razu spać - stwierdziłam, a ten zaśmiał się kiwając głową. Pocałował mnie w czoło i ruszyliśmy do jego dormitorium. Weszłam do pustego pomieszczenia i zsunęłam spodnie z siebie. Wsunęłam się pod kołdrę, gdzie zaraz pojawił się i Fred. Położyłam głowę na jego ramieniu.
-Dziękuję - wybełkotał dotykając ustami czubka mojej głowy. Kiwnęłam lekko głową. Teraz uświadomiłam sobie, że przy nikim nie byłam tak bezpieczna, nie czułam się tak bezpiecznie jak przy Fredzie. Jego nie musiałam w większości przypadków chronić, mój umysł jednak nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Cały czas odsuwałam go od ważnych rzeczy albo Śmierciożerców. Ale on dalej chciał być tego częścią. Tego zła. Po co? Po chwili zaczął spokojnie oddychać, zasnął. Mógł mieć każdą, ma mnie. Co poszło w jego życiu nie tak? Zasnęłam.
Obudziłam się jeszcze przed wszystkimi, co dla mnie było nowością. Przeciągnęłam się lekko i usiadłam w łóżku. Mogłabym tutaj leżeć, aż do meczu, ale jednak trzeba było się zwlec i pójść do Hagrida na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami. Uśmiechnęłam się sama do siebie, bo akurat te zajęcia bardzo lubiłam. Wstałam z łóżka i wsunęłam się w spodnie. Wyszłam z dormitorium, potem z Pokoju Wspólnego i pognałam wesoło na błonia. Tam już stał Hagrid i musztrował psidwaki. Podeszłam do niego.
-Cześć Hagridzie - powiedziałam wesoło i kucnęłam, żeby przywitać się z trzema zwierzakami. Hagrid podniósł się do pozycji stojącej.
-Ty nie na śniadaniu? - spytał lekko zdzwiony. Spojrzałam w jego stronę z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Dzisiaj sobie odpuściłam, bo wiedziałam, że pierwsza lekcja jest u ciebie - przyznałam wesoło. Ten tylko pokiwał głową z politowaniem.
-Ja właśnie będę szedł na śniadanie, przyniosę ci coś - powiedział spokojniej i poklepał mnie po ramieniu lekko. Usiadłam na ziemi otoczona psidwakami.
-Dziękuję - odparłam patrząc na niego. Ten kiwnął głową i zaczął kroczyć w stronę zamku. Pogładziłam czarnego psidwaka po łebku. Szary położył się obok mnie chcąc być nieustannie głaskany. Uśmiechnęłam się wesoło do zwierzaków.
-Czemu jesteście takie niesamowite? - spytałam sama siebie cichutko bawiąc się z nimi wesoło. Po kilku minutach wrócił Hagrid z dwoma tostami, które mi podał. Kiwnęłam mu głową i zaczęłam jeść na pół z psidwakami.
-Dzisiaj się będziecie o nich uczyć i może chropianki im powyjmujemy, jak będą grzeczne - stwierdził patrząc jak urywam kawałek tosta i podaję jednemu ze zwierzaków. Kiwnęłam wesoło głową. Powoli uczniowie zaczęli się schodzić. Na ich ustach był tylko dzisiejszy mecz. Hagrid zaczął opowiadać o psidwakach. Większość słuchała go w spokoju, bo wyglądały trochę jak psy, tylko Hagrid nie ucinał im ogona, chociaż było to dozwolone, żeby mugole nie widzieli różnicy. Zajęcia jednak szybko się skończyły. Nawet nie zauważyłam kiedy, ale siedziałam już na Wielkiej Sali przy obiedzie. Dzisiaj drużyna siedziała blisko siebie. George siedział za Fredem, ale ten drugi dalej siedział koło mnie. Położył dłoń na moim udzie i zawzięcie dyskutował o strategii. Lubiłam Quidditcha, ale u mnie kończyło się na oglądaniu, a czasami nawet nie.
-Przyjdziesz na mecz, prawda? - spytał nagle odwracając się Fred. Spojrzałam na niego z sokiem dyniowym w dłoni. Uśmiechnęłam się lekko.
-Oczywiście - odparłam spokojnie, a ten oduśmiechnął się i pocałował mnie w policzek. Pokiwałam głową z politowaniem, a on wrócił do użalania się nad tym, że Johnson nie gra. Położyłam dłoń na ręce Freda i oparłam głowę o jego ramię. Ten objął mnie ramieniem i dalej rozmawiał. Nagle Potter zarządził wyjście, bo gracze z Ravenclaw też już się zbierali. Fred spojrzał w moją stronę. Położyłam dłonie na jego policzkach i delikatnie musnęłam jego usta swoimi.
-Teraz to na pewno wygramy - stwierdził wesoło odsuwając się ode mnie. Kiwnęłam pogodnie głową, a oni zaczęli znikać w drzwiach wyjściowych z Wielkiej Sali. Dojadłam to co miałam na talerzu i razem z całą chmarą uczniów ruszyłam na boisko. Wdrapaliśmy się na trybuny. Usiadłam w dosyć dobrym miejscu. Wystarczająco blisko, żeby widzieć wszystko i wystarczająco daleko, żeby nie dostać tłuczkiem. Drużyny jeszcze nie poderwały się z ziemi. Komentatorem jak zwykle był Lee Jordan.
-Cieszę się ogromnie, że mimo mrozu pojawiliście się tak licznie na kolejnej rozgrywce Gryffonów z Krukonami - powiedział wesołym tonem, na co połowa widowni zareagowała wiwatem. - Gra się zaczyna. Gryffoni pod przewodnictwem Harry'ego Pottera prezentują się dzisiaj w pełnej gotowości - rozlega się pisk dziewcząt Gryffońskich. Klaszczę w ręce, nie próbuję się odzywać. - Tak samo dobrze przygotowani są dzisiaj Krukoni, których prowadzić dzisiaj będzie Michael Corner - pisk z Krukońskiej strony trybun. Drużyny wzbiły się w powietrze. - Zaczynamy grę - wydarł się Jordan, na co wszyscy zareagowali pozytywnym hałasem.
Gra Gryffonów była niesamowita, byli tak zgrani. Każde podanie wykonane z gracją, dobrze wymierzone. W pewnym momencie Krukoni nie dawali rady nadążać za wbijanymi kaflami. Widać było mocne zdenerwowanie na ich twarzach. Mieliśmy stutrzydziesto-punktową przewagę. Nagle Potter zawisł na miotle, a w tym samym momencie szukający Krukonów złapał znicza. Widownia zamarła.
-Krukoni zwyciężają - ryknął Jordan. Gromki wiwat rozległ się z Krukońskiej strony trybun. Gryffoni wstali i klaskali. Byli dumni ze swojej drużyny, z ich zaciętości, mimo że nie wygrali. Nie dałam rady długo przebywać w tym gwarze. Ruszyłam na dół po schodach, żeby spotkać się z drużyną przy wyjściu. Żeby zobaczyć Freda. Hałas mocno ucichł, a ja usiadłam na ziemi przy wejściu na boisko. Odetchnęłam głęboko. Od razu poczułam się lepiej. Nie potrafiłam myśleć w tym momencie o niczym. Po kilku minutach zaczęli schodzić z trybun ludzie, a między nimi mieszały się drużyny.
Fred ledwo mnie zauważył, a już byłam w jego objęciach. Mocno mnie przytulił. Nie spodziewał się tak dobrego wyniku. Był cholernie szczęśliwy.
-Gratuluję - wybełkotałam w jego klatkę piersiową między objęciami. Ten zaśmiał się radośnie.
-Miałaś rację. Mimo że nie było Angeliny daliśmy radę. Widziałaś miny Krukonów, jak wychodziliśmy na prowadzenie? - spytał rozweselony patrząc mi w oczy. Kiwnęłam twierdząco głową z uśmiechem na twarzy. - Nigdy tego nie zapomnę - dodał obejmując mnie ramieniem. Ruszyliśmy za ciągnącym się do zamku korowodem szczęśliwych uczniów. Będzie to jeszcze rozpamiętywać przez kolejne dziesięć lat. Weszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdzie widać było poustawiane stoliki i wiwatujących ludzi. Pod niektórymi zdołałam dostrzec Ognistą i byłam pewna, że w tym maczali palce bliźniacy. Ludzie gratulowali Fredowi, gdy szliśmy przez Pokój Wspólny.
-Przyniosę Ognistej - powiedziałam mu na ucho unosząc się na palcach. Ten kiwnął wesoło głową, a ja poszłam do pierwszego lepszego stolika. Wyciągnęłam spod niego butelkę z trunkiem i rozlałam do dwóch plastikowych kubków. Wróciłam do Freda, on dalej przyjmował gratulacje. Podałam mu kubek. Ten uśmiechnął się promiennie do mnie.
-To są chwile, w których uwielbiam być Gryffonem - stwierdził dumnym głosem wsuwając lewą dłoń w tylną kieszeń moich spodni. Uśmiechnęłam się lekko.
-Za Gryffonów - powiedziałam unosząc kubeczek. Ten podchwycił toast i uniósł swój.
-ZA GRYFFONÓW - krzyknął wesoło. Dużo osób razem z nim podniosła kubki. Nastał radosny gwar. Fred stuknął swoim kubkiem o mój. Upiłam sporego łyka i rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Dawno nie widziałam tak wielkiej dawki szczęścia na tak małej powierzchni. Podeszła do nas jakaś dziewczyna, zapewne o rok ode mnie młodsza. Zaczęła rozmawiać z Fredem o Quidditchu. Ja się tylko przysłuchiwałam upijając co jakiś czas alkoholu z kubka.
-Świetnie wam dzisiaj poszło. To było niesamowite jak sprawnie poruszacie się po boisku - stwierdziła z zachwytem. Fred wyglądał na zadowolonego.
-To zasługa całej drużyny. Gdyby nie oni, nic by się nie udało. To był idealnie technicznie rozegrany mecz - stwierdził głosem znawcy. Jego dłoń dalej tkwiła w mojej tylnej kieszeni. Zauważyłam Neville'a w tłumie. Stał z Alice. Odchyliłam się lekko i pomachałam mu wesoło. Oboje mi odmachali i zniknęli przy stoliku z Ognistą. Wracając wzrokiem napotkałam oczy dziewczyny rozmawiającej z Fredem. Przejechała nim po ręce Freda, która wcześniej z jej perspektywy była po prostu ukryta za moimi plecami. Gdy się odchyliłam okazało się jednak, że dotyka mojego tyłka. Przez ułamek sekundy widać było lekki zawód na jej twarzy. Wzruszyłam sama do siebie ramionami i dopiłam Ognistej.
-Fred, jestem strasznie zmęczona. Mogę pójść do waszego dormitorium? Wtedy jak wrócisz to nie będziesz musiał główkować nad tym, jak się dostać do mojego - powiedziałam z uśmiechem. Ten spojrzał na mnie z lekkim niepokojem.
-Wszystko w porządku? - spytał cicho. Ja spojrzałam mu w oczy kiwając twierdząco głową.
-Tak, nie martw się. To tylko zmęczenie. Ty się baw, a my się spotkamy później. Możesz przynieść tam Ognistą i wypijemy, jeśli jeszcze nie będę spać - odparłam wesoło. Ten uśmiechnął się radośnie. Pocałował mnie w czoło.
-Zapamiętam - stwierdził i wrócił wzrokiem do dziewczyny. Ruszyłam na górę po schodach do ich dormitorium. Dzisiejszy dzień nie był tak męczący jak tamten, ale przytłoczyła mnie ilość ludzi w Pokoju Wspólnym. To przepychanie. Weszłam do nich do dormitorium i po prostu weszłam do łóżka Freda. Skuliłam się lekko i przymknęłam oczy. Nie chciałam zasypiać, gdyż perspektywa Ognistej z Weasley'em bardzo mi się podobała. Po jakimś czasie drzwi od dormitorium się uchyliły.
-Ley, śpisz? - spytał lekko pijanym głosem Fred. Usiadłam na łóżku.
-Jeszcze nie - powiedziałam spokojnym głosem. Ten wsunął się do środka z butelką w połowie wypełnioną bursztynowym płynem. Zapowiadała się wesoła noc.
~~~
Usiadłam przed komputerem chcąc napisać fragment, tak dobrze mi się pisało, że skończyłam rozdział. Ah, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)